O blogu

Poniższe opowiadania oparte zostały na prawdziwych wydarzeniach z życia autorki. Bohaterowie drugiego planu, fabuła oraz dialogi są nieco zmodyfikowane.

wtorek, 20 grudnia 2016

Problemy z procesorem BAHA®

Wpis z cyklu: opowiem Wam moją historię.... Miałam co prawda napisać o tym wcześniej na poprzednim blogu, ale... wiadomo... studia - wakacje - praca zawodowa - wakacje - wakacje i... ojej! koniec studiów. I teraz jest ten czas, w którym mogę się wszystkim oficjalnie przyznać do urodzenia w czepku. Tak, więc... Otóż... Zatem! 

Protezowanie osób niedosłyszących w oparciu o systemem BAHA, w pełni refundowane przez NFZ, trwa w Polsce od 2009 roku. Na czym polega cała ta zabawa i co to takiego? 
"System BAHA® (Bone Anchored Hearing Aid) to zestaw do protezowania niedosłuchów, uwzględniający przewodnictwo kostne. Jego ideą jest wykorzystanie implantów tytanowych mocowanych do kości skroniowych, przekazujących dźwięki w postaci drgań do ucha wewnętrznego. Wskazania obejmują pacjentów z niedosłuchami typu przewodnictwa, niedosłuchami mieszanymi – jednostronnymi lub obustronnymi, oraz osoby z głuchotą jednostronną. (...)"[1]
Jestem jedną z pierwszych pacjentów Kliniki Otolaryngologii na Gdańskim Uniwersytecie Medycznym, którzy zostali zaimplantowani systemem BAHA®. Moja implantacja odbyła się w marcu 2010 roku i polegała na wywierceniu dziury w czaszce (mała lekcja anatomii - tam gdzie jest kość skroniowa) oraz wkręceniu tytanowej śluby i wspornika, na który później doczepiać będzie się procesor dźwięku, który odwala całą robotę, czyli zbiera dźwięki, przetwarza i przesyła do ucha wewnętrznego. Po trzech miesiącach, gdy tytan ulegnie... uwaga, mądre słowo: osseointegracji, czyli stanie się częścią czaszki, następuje podłączenie procesora dźwięku, czy mowy - jak zwał, tak zwał - do śruby i odpowiednie nastawienie. Innymi słowy: gdy wszystko ładnie się zagoiło, czas więc przywieść, warty ok. 25 tysięcy, chodzący na bateryjki procesor, który zostanie przyczepiany do wspornika przykręconego do śruby, nastawiony do potrzeb i stopnia niedosłuchu pacjenta. Ta cześć systemu jest wymienna, działa podobnie jak aparat słuchowy, tylko jest zakotwiczony w kości z tyłu za uchem. Dobrze, wytłumaczyłam już o co chodzi z całym procesorem to teraz przejdę do meritum sprawy. 

W 2010 roku, gdy podejmowałam (bardzo zresztą trudną, dla mnie) decyzje o zaimplantowaniu mówiono mi, że impreza z systemem BAHA® jest refundowana przez NFZ, czyli zabieg, śruba i procesor całkowicie za "darmoszkę". Na moje pytanie: a co stanie się, jeśli procesor się zużyje? Uspokajano mnie, że po 5 latach następuję wymiana procesora, również pokrywana ze środków publicznych. No to okey, biorę i walczę dalej o słuch. Procesor dźwięku otrzymałam trzy miesiące po implantacji - w czerwcu 2010 roku. Żyłam z nim beztrosko i szczęśliwie do końca 2014 roku. Pomimo, że urządzenie już dawało mi stanowcze sygnały, że długo to sobie nie pociągnie. (Całej historii użytkowania tego procesora nie będę tu opisywać - może innym razem, o ile kogoś to w ogóle interesuje.) 

W styczniu 2015 roku dowiedziałam się, że nie otrzymam procesora wymiennego, ponieważ szpital nie dostał na to specjalnych funduszy. (I tu zaczął się mój mały osobisty dramacik, bo planów tyle, życie w pełni, a los pokazuje takiego wała, że nie wiedziałam początkowo co zrobić, a bez słuchu fatalne życie...) 
W czerwcu 2015 roku dowiedziałam się o ogólnopolskiej akcji w tej sprawie i petycji, którą podpisałam z marszu i prosiłam wszystkich, którzy tylko mieli ochotę poprzeć nas i podpisać się. Niestety, jak się później okazało, owa petycja niewiele dała. 
Napisałam na swoim profilu FB tak: 
''(...) i pozostali, którzy podpisali się w czerwcu pod petycją dot. wymiany procesorów BAHA® (http://www.petycje.pl/11381) , a z jakiś powodów system nie zapisał nazwiska. Bardzo serdecznie dziękuję za Wasz czas i dobre serduszka, ale nasze podpisy niewiele dały. Niżej publikuję fragment z magazynu użytkowników implantów słuchowych Cochlear News z kwietnia 2016 nr 8[2], w którym przedstawiono podsumowanie aktywności Stowarzyszenia Słyszeć bez granic w sprawie ustalenia jasnych procedur i zwiększenia środków pieniężnych na wymianę procesorów osób już zaimplantowanych. Jak wynika z zamieszczonego podsumowania sprawa dalej stoi w miejscu i długo jeszcze NFZ i Ministerstwo Zdrowia nie zechce znaleźć skutecznego rozwiązania, tak aby wilk był syty i owca cała. Dla ludzi zaimplantowanych (dorosłych i dzieci oraz ich rodziców) oznacza to kolejne miesiące niepewności i długie lata oczekiwania. (...)''
Niemniej jednak musiałam rozpocząć cały proceder wymiany i 30 września 2015 roku złożyłam podanie w klinice, gdzie byłam implantowana, wraz z analizą serwisową procesora, potwierdzającą zły stan urządzenia. (Obecnie są już nowe procedury ubiegania się o wymianę procesora z NFZ, opisane w najnowszym magazynie Cochlear News z sierpnia 2016 roku[3].) Nie pozostawało mi nic innego jak tylko czekać i martwić się co dalej. 

Tymczasem klinika prowadziła długie rozmowy z NFZ, by wyżebrać odpowiednią kwotę na procesory wymienne dla swoich zaimplantowanych pacjentów. Po ustaleniu jako takich procedur, zasad rozliczenia się kliniki z Funduszem, postanowiono, że w tym roku otrzyma tylko jeden pacjent z kliniki. Zadecydowano, że otrzymam go ja. Dowiedziałam się o tym od profesora J. Kuczkowskiego w kwietniu 2016 roku. W poniedziałek 16 maja br. dostałam telefon od doktora Przewoźnego z terminem odebrania procesora. 
20 maja 2016 r. zostałam przyjęta na oddział Kliniki Otolaryngologicznej GUM w CMI. 

Skrupulatnie opisałam to wydarzenie na profilu FB: 
"(...)Po wszystkich procedurach związanych z przyjęciem do szpitala, zeszłam do poradni audiologicznej gdzie czekał na mnie Inżynier kliniczny Tomasz Żakiewicz i pan dr hab. Tomasz Przewoźny. Tam dokonano podłączenia oraz pierwszego dopasowania. Wszystko przebiegło sprawnie i pomyślnie. Na koniec dostałam upragnione pudełeczko i zakończono część oficjalną.

Potem przeszliśmy do mniej oficjalnej, czyli sesji zdjęciowej, (...)Przyznam się Wam, że cały dzień czułam się jak Mojżesz, wybrana z pośród wybranych to mega fantastyczne uczucie...." 
Mi się poszczęściło i przez kolejne pięć lat mogę spać spokojnie, ale po za mną jest jeszcze kilka tysięcy pacjentów, czekających miesiącami i latami na nowy procesor. Sprawa nie jest jeszcze do końca wyjaśniona, ale Stowarzyszenie Słyszeć bez granic dzielnie walczy o zwiększenie środków na refundacje implantów słuchowych, w tym także systemów BAHA® z władzami państwowymi. 

I to byłoby na tyle mojej historii, kończącej się happy endem. To, dlaczego akurat ja dostałam ten procesor jest owiane tajemnicą i pewnie nie dowiem się o tym nigdy, albo dopiero po swojej śmierci, bo ponoć na Sądzie Ostatecznym wszystkiego się dowiemy. ;) 


 Tak mniej więcej wygląda procesor BAHA®

sobota, 17 grudnia 2016

Wyniki kontroli NIK w sprawie prowadzenia dokumentacji medycznej

Będzie teraz jeden z tych wpisów, które można z powodzeniem określić: czepiam się wszystkich i wszystkiego. Otóż! Wczoraj wzięłam się (w końcu) za czytanie wniosków z kontroli NIK dotyczącej prowadzenia dokumentacji medycznej[1]. Zaczęłam czytać wytłuszczony akapit i już na 'dzień dobry' wyskoczyła mi pierwsza gwiazdka, czyli słowo jak najbardziej na miejscu. 
"Największy bałagan stwierdzono w dokumentacji przychodni: w kartach pacjentów brakowało istotnych informacji na temat przebytych chorób, pobytów w szpitalu, czy chorób przewlekłych."

Zazgrzytało... mocno, a że jeszcze są świeże rany po czytaniu uwag od promotora, to mi się przypominało, jak we wstępie swojej pracy napisałam "aby nie robić zbędnego zamieszania to używam w pracy pierwotnej nazwy tererefere..." (nieważne o czym tam pisałam). I mi promotor zaznaczył "zbędnego zamieszania", a w komentarzu obok napisał:  kolokwializm. Wilma inteligenta, więc domyśliła się, że ją poniosło i ma użyć innego określenia, bo nie wypada, po styl, bo język itd. Pobiła się w pierś, trzy razy wypowiedziała Mea culpa i poprawiła zdanie. Dobrze, ale to była zwykła praca dyplomowa, którą nikt oprócz Wilmy, promotora i recenzenta nie będzie więcej czytał, a tu mamy do czynienia z portalem poważnej instytucji jaką jest Najwyższa Izba Kontroli, czyli wypadałoby napisać tekst poprawną polszczyzną i operować fachowym słownictwem, prawda? W każdy razie mi pasuje tu słowo chaos albo całkowity bezład stwierdzono w... 
Nie wiadomo kto jest autorem tego artykułu, ale czytając dalej stwierdzam, że też nie podpisałabym się pod nim. Czy zanim, trafia taki test na stronę internetową poważnej, państwowej instytucji to czy jest ktoś kto go sprawdza, poprawia? Czy odbywa się to w ten sposób, że pracownik w pośpiechu coś napisze i potem jazda na internety, bez czytania, bez korekty? Nie winię tu zbytnio autora, "bo autor swoich błędów nie widzi", ale wiedząc, że sama popełniam takie byki, maltretuję innych aby czytali moje wypociny i poprawiali moje błędy lub nanosili swoje uwagi, bo coś zgrzyta, coś tu ewidentnie nie pasuje etc. 
Jednak jak widzę, coraz częściej, że na poważnych stronach internetowych widnieje masa błędów językowych, które skutecznie zniechęcają do czytania to już zaczynam poważnie martwic się nad poziomem intelektualnym pracowników państwowych urzędów. 
I żeby było zabawniej, na samej górze portalu, widnieje motto NIK-u: 
"pomagamy w naprawianiu państwa"
O Matko i córko.... 
Polecam najpierw pracę u podstaw w wykształceniu pracowników. Tak wiem, obecny rząd wcale o to nie dba i nie ma zamiaru, ale to jednak świadczy o samych ludziach, którzy pisząc takie artykuły robią sami z siebie pośmiewisko. 
Został mi do przeczytania cały raport z tej kontroli. Już się boję...
___________

czwartek, 15 grudnia 2016

Pilot

Miałam śliczny, wspaniały blog na tej platformie (czy jak to się tam na to mówi), nawet kilka ciekawych wpisów, ale latem szlag go trafił, bo coś kombinowałam ze swoim drugim blogiem o hafciarstwie i go usunęłam.... Żałuję okrutnie, bo był taki ładny... aaaamerykański....  No, ale nie będę płakać nad rozlanym mlekiem - kobiecie z klasą nie uchodzi! (Rozklejać się z powodu takiej pierdoły). 
Pofatygowałam się zatem o nowy. A tym razem trochę się przyłożyłam, bo sobie nową szatę graficzną sprawiłam, kolory dopasowałam (mama będzie ze mnie dumna!), zmieniłam tytuł, bo jakoś tak pół roku temu stuknęła mi 30stka i to chyba taki nowy rozdział w życiu każdej kobiety, która wie (o ile wcześniej nie wyszła za mąż), że jest już pełnoprawną starą panną i nie musi mieć męża, bo tak chce mama, babcia, ciotka i kotka spod okna, teraz to może wyjść za maź jedynie dlatego, bo ma taki kaprys, ewentualnie większe potrzeby finansowo-majątkowo-opiekuńczo-seksualne.
Długo nie pisałam i omal zapomniałabym o blogosferze, ale byłam kilka miesięcy zajęta pisaniem poważnej pracy nałukowej. Została obroniona w listopadzie na ocenę, którą dostają przeważnie kujony na całym roku i potem zasilają kadrę w wielkich korporacjach, a nim skończy się im umowa o pracę, lądują u psychoterapeuty. Przez ten czas miałam wstręt do pisania czegokolwiek. Teraz jednak zatęskniłam szczerze za pisaniem i blogosferą. Zmęczona fejsbuczkiem, gdzie zrobiło się jakoś tak polityczno-socjopatycznie i niewesoło, postanowiłam wrócić na swoje stare śmieci. Problem był jednak z tym, czy po raz kolejny stwarzać sobie jakieś nowe miejsce w cyberprzestrzeni z nowym nickiem, adresem itd. Ale miałam w całej swej ośmioletniej karierze blogerki tyle nicków i nowych odsłon, że już trochę zaczęło mnie to męczyć, więc zatrzymam się na ostatnim - Wilmy. 
Za każdym razem obiecuję sobie, że będę pisać regularnie i bloga swego nie zostawiać, ale i tym razem pewnie to mi się nie uda, więc po prostu popisze sobie, a potem: pożyjemy, zobaczymy....