O blogu

Poniższe opowiadania oparte zostały na prawdziwych wydarzeniach z życia autorki. Bohaterowie drugiego planu, fabuła oraz dialogi są nieco zmodyfikowane.

sobota, 28 stycznia 2017

Zgłaszam nieprzygotowanie!


W mijającym tygodniu nie udało mi się sklecić żadnej sensownej notki na dzisiaj, więc chciałabym zgłosić nieprzygotowanie. Tak. Wiem... Miałam cały tydzień na pisanie, ale... gdyż... poniewóż... zwyczajnie się nie wyrobiłam. Kończyłam zaległe zamówienie, w konsekwencji tego nie doczytałam książki, o której chciałam tutaj napisać. Bolała mnie głowa. Wróć. Chore zatoki. I byłam na prochach. Rodzice z okazji uzyskania dyplomu sprezentowali mi nowy tablet (Państwo rozumieją, że instalowanie aplikacji i nowego oprogramowania do szybkich czynności nie należy - wyprzedzając kąśliwe uwagi znawców techniki - tak, jestem po liceum o profilu informatycznym i ogarniam to wszystko sama. Szwagier przyjedzie dopiero dziś wieczorem.) To byłoby na tyle wymówek... 

Związku z powyższym piszecie Wy. A zatem, jak się macie? Co u Was ciekawego słychać? Przy okazji chciałabym poznać swoich czytelników, więc jeśli ktoś chce, może napisać mi ile ma żon, mężów, dzieci - to niekoniecznie musi być prawda [i tak to potem sprawdzę] - czym się na co dzień zajmuje, co denerwuje, a co cieszy i raduje. Jakie macie plany na zbliżający się tydzień? Jakie nastroje przed miesiącem lutym? Itd.... Będzie mi naprawdę bardzo miło o Was czegoś się dowiedzieć.
Ewentualnie można tylko powiedzieć: "Dzień dobry Wilmo" i to też będzie mile widziane.   

Tymczasem ja idę rozpocząć nowy projekt. Doczytać książkę. I tam jeszcze parę innych rzeczy zrobić. 
Miłego tygodnia Kochani! Nieżonatych panów całuję, panie ściskam i też całuję. Żonatych pozdrawiam. 

sobota, 21 stycznia 2017

Wima i jej refleksje [#1] - Final destination by Wilma

Koniec świata! Po stu latach studiowania, po pięćdziesięciu latach oczekiwania Wilma dostała dyplom ukończenia studiów pierwszego stopnia. Nieeee.... Majowie nie mogli tego przewidzieć. A jednak! Stało się, Wilma ma oficjalnie wykształcenie wyższe z tytułem (śmiesznego) licencjata. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie dwie rzeczy. Jakie? Idźmy dalej i dowiedzmy się razem. 

To jak Wilma trafiła na studia i dlaczego akurat na historię ze specjalnością archiwistyka to dłuższa opowieść, dostępna dla zainteresowanych bliższym poznaniem Wilmy. No bo przecież w pisaniu bloga wcale nie o to chodzi, aby tak wszystko o sobie i co ma się w głowie, ewentualnie w sercu, od razu wyłożyć jak na patelni i nie pozwolić odkrywać siebie po trochu, po cichu, po wielkiemu cichu i po kawałeczku cienia. Prawda? W każdym razie, Wilma poszła na studia i początkowo nie chciała studiować tego co studiowała. Miała wówczas taki tajny, szatański plan. "Pójdę sobie na historię, rok postudiuję i potem czmychnę na pielęgniarstwo albo analitykę medyczną." - pomyślała. 

Jednak coś nie dawało jej spokoju. Tym czymś było uporczywe pytanie, wygenerowane w mózgu Wilmy, które pojawiło się już pierwszego dnia po ślubowaniu na inauguracji roku akademickiego na Wydziale Historycznym łUGie i nie dawało jej spokoju: 
Co ja robię na tym wydziale i kierunku?  
Wilma czuła, że chyba nie jest to miejsce, w którym powinna była się znaleźć. Często też słyszała od swoich koleżanek, poznanych na wydziałowym korytarzu i w aulach, że kompletnie nie pasuje do tego miejsca i środowiska. Różnie to argumentowały, a to, że styl bycia Wilmy im nie pasował, a to jej osobowość i zainteresowanie medycyną, a zwłaszcza, dość niespotykane u współczesnych studentów, zaangażowanie i pasja z jaką Wilma oddawała się pisaniu prac semestralnych. Znalazł się też jeden łoś, który stwierdził, że kobiety nie powinny studiować historii, ponieważ zwyczajnie się do tego nie nadają. Cóż... niektórzy chyba zatrzymali się w pewnej epoce i nie dostali jeszcze porządnie w zęby od zagorzałej feministki.  

Sama Wilma zastanawiała się po co tu jest i jak to się stało, że się tu znalazła, choć przez 5 lat od ukończenia liceum robiła dosłownie wszystko, aby tylko nie iść na historię. Pracowała, chodziła na jakieś śmieszne studium policealne, próbowała dostać się na inne kierunki, omijając szerokim łukiem historię. Normalnie jak filmie Oszukać przeznaczenie. Kombinowała, kombinowała, aż w końcu los, czy też Opaczność Boska - zależy kto w co wierzy lub nie wierzy - tak omotała Wilmę, że ani się nie obejrzała, a tu myk... myk... cyk... i oto jest studentką historii. Nawet nie pofatygowała się pójść na spotkanie organizacyjne i sympatyczna pani z dziekanatu przypisała ją sama na specjalizacje. 

Wilma więc, nie kiwnęła palcem, a ktoś inny zadecydował za nią i tak znalazła się na archiwistyce. Akurat to spodobało się Wilmie. Na tej specjalizacji nie było przedmiotów politologicznych. N a  t e j  specjalizacji nie musiała odbywać praktyk w szkole. N a  t e j specjalizacji było więcej l u z u. A przecież Wilma nie myślała zagrzewać sobie miejsca... 

I tak mijały dni i miesiące roku pierwszego na studiach. Różnie bywało. Były emocjonujące, niezapomniane przeżycia z profesorem od starożytności, były długie, nudne wieczory z wielkimi tomiskami i setkami kserokopii z BUGu. Było pasjonujące i namiętne pisanie pierwszej pracy semestralnej, w której Wilma mogła połączyć swoje zainteresowanie medycyną z historią, coby się profesor z ćwiczeń nie czepiał. I właśnie to ostatnie miało decydujący wpływ na jedną z dwóch decyzji Wilmy w sprawie podjętych przez nią studiów. Połączenie medycyny z historią dawało może nie 100% ale 90% satysfakcji i wystarczająco pobudzało ją do działania, dzięki czemu przestała umierać z nudów na tych studiach. Postanowiła poczekać z analityką medyczną.    
Została.  
A potem.... A potem poznała swoją drugą miłość. Ale o tym, za jakiś czas.

     

sobota, 14 stycznia 2017

Wilma haftuje [#1] - Wilmy hafciarstwo "religijne"


O tym jak Wilma została Samozwańczą Arytystką form Kaszuby można dowiedzieć się tutaj: Wilma haftuje. A tymczasem Wilma wzięła się za tworzenie obrazów o tematyce religijnej. Co ją do tego skłoniło, kto lub co zainspirowało? Jak wyglądał proces twórczy i jaka wyszła z tego amatorszczyzna? Już dziś! I właściwie od teraz możesz stać się świadkiem powstania wielkiego dzieła, o którym przyszłe pokolenia nawet nie wspomną.

Hansa Zatzka wszyscy znają. Nie?! To niech zapytają Wujka Google i poznają. Za to wszyscy kojarzą jego obraz "Anioł Stróż z dziećmi na kładce"[1]. Wilma ma ten obrazek do dzisiaj i pamięta jak klękała przed nim i uczyła się modlitwy do swojego Anioła Stróża, gdy nauczyła się mówić i używać hipokampu. Dziś jest już dużą dziewczynką, której parę lat temu przydzielono funkcję chrzestnej. 
Doskonale pamięta słowa, chrzczącego jej siostrzeńca, proboszcza z małej kaszubskiej wsi, gdzieś za Kościerzyną. Oznajmił wówczas świeżo upieczonym rodzicom chrzestnym, że od teraz będą odpowiedzialni przed Bogiem za pomoc rodzicom w wychowaniu dziecka w wierze katolickiej. Z jakiegoś tajemniczego powodu Wilma wzięła sobie te słowa do serca. Pomyślała, że oprócz kasy, roweru i zegarka na przyjęcie, od czasu do czasu wspomnieć coś o Bogu dzieciakowi trzeba. 
Młody podrósł i powoli można zacząć go katechizować. Na początek historyjki o Aniołkach. Do tego przydał się talent Wilmy. Wyczaiła ładny wzór na Pintereście, ściągnęła za darmoszkę, dobrała kolor płótna, mulin i przystąpiła do pracy. 


Pierwszy etap - chmurki,
 buźka       


Drugi etap - sukienka 


Trzeci etap - lewe skrzydło


Czwarty etap - prawe skrzydło 


Piąty etap - pierwsza część napisu   
   
  
Szósty etap - druga część napisu 

    

Efekt końcowy 
(Wilma kombinowała jak zrobić zdjęcie, aby nie odbijało się wnętrze i flesz, więc jakość jest jaka jest - można kliknąć w obrazek będzie więcej widać) 



Obraz tworzył się 25 godzin i 30 minut, od 5.12.2016 do 16.12.2016. Oprawę wykonała Wilma.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
I tu jest miejsce na rozpoczęcie nowej tradycji. Wchodzą Państwo na tę stronę: The Silver Needlelet i podbijacie Państwo statystyki oglądalności, ewentualnie możecie też: wydać okrzyki zachwytu, mdleć z nadmiaru piękna i estetyki, ronić łzy wzruszenia, zazdrościć talentu Samozwańczej Arytystce from Kaszuby, nienawidzić jej za to, że jest piękna, utalentowana i młoda. I do tego jeszcze, ma dobry gust. 
Jak ktoś ma fejsa może też polajkować sobie tu: FB The Silver Needlelet 
________

sobota, 7 stycznia 2017

Wilma o sobie [#1] - Jak spędziłam Sylwestra 2016

31 grudnia 2016 roku

Leżę. Zastawiam się czy żyję. W zasadzie to już powinnam dawno wynieść swą duszę na tamten świat, po trzeciej z rzędu nieprzespanej nocy, ale przypomniało mi się, że jeszcze nie zdecydowałam, do którego świata chcę się przenieść na wieczność. W końcu zostaliśmy wyposażeni w opcję tzw. "wolna wola", więc wszystko, teoretycznie, w naszych rękach.

Po sprawdzeniu pulsu i jakości samopoczucia, wstałam. Na dwie godziny przed kolacją. Włożyłam małą czarną, wymalowałam twarz, pomalowałam paznokcie, upięłam włosy w kok w stylu Wilma tu rządzi i z powrotem władowałam się do łóżka. Nie byłam w nim sama…

Czekali na mnie Boruta, Rokita i Twardowski. Od czasu do czasu przeleciała Jaga i Lucynka[1]. Późnym wieczorem przyszła Gorączka. Katar i Kaszel już byli, wpadli dwa dni wcześniej. Nocowali…

Wybiła północ. Oderwałam się od Wywiadu z Borutą i przechyliłam kieliszek szampana życząc sobie zdrowia, dystansu oraz świętego spokoju jeszcze za życia. Obejrzałam pokaz sztucznych ogni u sąsiadów, jednych i drugich, a potem z powrotem poszłam do łóżka, słuchając historii Szefa Polskiego Piekła o tym jaki to miał ogromny wpływ na losy naszego kraju od początku jego istnienia. Miałam ubaw po pachy z nieudolnych władców Polski, którzy dali się omotać diabłu oferującemu złote góry plus władze, pieniądze i seks – ponoć każdy porządny diabeł ma to w swoim pakiecie. Skończyłam śmiać się, gdy uzmysłowiłam sobie, że i mną zaraz zacznie interesować się diabeł, jak wyczai, że mogę mieć wpływ na losy ważnych dokumentów. A przecież każdy porządny archiwista wie: 
jeśli nie ma jakiegoś dokumentu w archiwum to znaczy, że „nie istniał”. 
Ale upite łyczki szampana zaczęły szumieć w głowie i sprawiły, że poczułam się jak nowonarodzona. Piękne uczucie… skończyło się jednak szybciej niż myślałam i przyszło mi gorzko pożałować picia alkoholu będąc na lekach. Bolała, dosłownie, każda komórka mojego organizmu. Zasnęłam, z trudem, nad ranem….

1 stycznia 2017 roku

Leżę. Zastanawiam się czy…

Zmartwychwstałam dopiero przed obiadem. Potem to już jakoś dzień zleciał. Bez alkoholu. Miałam nauczkę. I już teraz wiem jak działa szatan. Daje, niby bezinteresownie, podstawia pod nos, mówi, że po tym poczujesz się lepiej. W istocie czujesz się lepiej, ale na chwilę, potem lądujesz w piekle i czujesz tylko ból w kościach. 

I tak oto spędziłam Sylwestra z wirusem. Cóż, niektórzy w 2016 roku łapali Pokemony, ja wirusy… 




_________________________