O blogu

Poniższe opowiadania oparte zostały na prawdziwych wydarzeniach z życia autorki. Bohaterowie drugiego planu, fabuła oraz dialogi są nieco zmodyfikowane.

piątek, 13 października 2017

Wilma i jej refleksje [#3] - Pożegnanie z resentymentem

Jesienny październikowy poranek. Słonce leniwie wspinało się na nieboskłon, by zaraz potem schować się za gęste, czarne chmury zapowiadające ulewny deszcz. Wilma obudziła się dziwnie spokojna. Wiedziała, że tego dnia, pomimo przeziębienia, musi pojechać do Gdańska. Sukienkę, buty i ciepły jesienny płaszczyk przygotowała poprzedniego dnia. Nie wiedziała co czeka ją za 5 godzin, ale wiedziała jedno: "Muszę! Obiecałam to kiedyś sobie...

Po kilku godzinach była już gotowa. Czarna sukienka, biały żakiet z czarnymi dodatkami, czarne szpilki, subtelny makijaż, wszystko po to by czuć się pewnie. W myślach wciąż powtarzała ułożoną kilka dni temu kwestię, którą miała wypowiedzieć gdy nastąpi ta szczególna chwila. Już na samą myśl, że będzie musiała je wypowiedzieć drżały jej ręce. Nie do końca rozumiała, dlaczego tak się bała. A może chodziło o to, że musiała się tam pojawić osobiście? I nie mogła liczyć na innych, tylko na siebie?

W pociągu nie miała ochoty na czytanie. Rozmyślała. O tym jak to będzie, kto będzie. Jak zareaguje na jej przybycie ta najważniejsza osoba, dla której postanowiła poświecić tyle czasu. W duchu modliła się o to, aby nikt z pozostałych uczestników nie zwrócił na nią uwagi, nikt nic do niej nie mówił, nic od niej nie chciał. Najchętniej zamieniła by się w niewidzialną istotę i zmaterializowała się dopiero w odpowiedniej chwili. Niestety, tak się jednak nie mogło stać. 

niedziela, 24 września 2017

Wieści z mrowiska 2

Prawdopodobnie są tu jeszcze jakieś osoby, które tęsknią za Wilmą. To dobrze, bo zawsze jest miło wracać do miejsca, gdzie ktoś czeka. 

20 września minęło dokładnie pół roku odkąd (po czterech miesiącach po ukończeniu studiów) zaczęła pracować w swoim zawodzie archiwisty. Po skończeniu pięciomiesięcznego stażu zawodowego, w mieście gdzie ponad 30 lat temu przyszła na świat, postanowiła pozostać i nadal bawić się w profesjonalne prowadzenie archiwum medycznego mieszącego się w samym centrum miasta. Z dala od wielkiego świata naukowców GUMedu i UG. [Można w tym momencie zazdrościć, gdyż do przystanku ma zaledwie 3 minuty.] Jak dotąd nie znudziło się jej siedzieć przy sztucznym świetle w magazynach archiwum, selekcjonować i układać w porządku chronologiczno-rzeczowym dokumentacji z okresu ponad trzydziestu lat. Do tej pory udało się jej zarchiwizować i zabezpieczyć 64.73 m.b. dokumentacji medycznej. 6 razy tyle czeka na nowe miejsce, półki i zewidencjonowanie. 

Poza pracą, a zwłaszcza w czasie podróży z i do pracy, czyta sobie książki o swojej ulubionej epoce historycznej. W chwilach wolnych wyszywa i spotyka się ze znajomymi. [Co można uznać za początki końca świata, gdyż wyciągnąć Wilmę z domu graniczy z cudem.] Czasu na blogowanie jak zwykle nie wiele, ale jeden post raz w miesiącu można uznać za regularne blogowanie, prawda? 

I na koniec. Wilma swego czasu obiecała pewnemu koledze z blogowiska, że pokaże mu jak wygląda w pracy. I dziś nastąpił ten moment, gdzie tu na blogu pokazała się w swym medyczno-archiwistycznym wdzianku.

niedziela, 13 sierpnia 2017

Tydzień Wdzięczności 13-19 VIII 2017

Już po raz trzeci Wilma świętuje swój Tydzień Wdzięczności. W tym roku trochę opóźniony (zawsze był w czerwcu), ale co się odwlecze to nie uciecze. Początki i idea świętowania tego niezwykłego dla niej tygodnia były opisane na poprzednim blogu, lecz wszyscy już wiedzą co się z nim m stało. Zatem... azaliż... więc, bez zbędnych ceregieli, przejdźmy do rzeczy.  


Tradycyjnie jak co roku, świętuję swój Tydzień Wdzięczności. Z tej okazji wraz ze stosownymi podziękowaniami, dołączam małą poduszeczkę z wyhaftowanym imieniem osoby, która przeszła kasting na najlepsze "wspomnienia ever". Wybrane przez "całkowicie zależne i skorumpowane jury" czyli mnie, osoby to w tym roku m.in. moje koleżanki i koledzy z tzw. blogosfery, którzy poza blogiem coś dobrego dla mnie robili. Co takiego? Dowiedzą się gdy otrzymają ode mnie małą paczuszkę. A kto tym razem przeszedł do finału? Już oficjalnie ogłaszam: 

6. Vulpian
7. Osoba spoza blogosfery 

Wszyscy wywołani do tablicy szczęśliwcy, winni są w prywatnych wiadomościach przesłać mi swoje adresy do wysyłki. Chyba, że ktoś bardzo chciałby się spotkać osobiście, to wówczas trzeba ustalić jakiś termin i miejsce spotkania, czyli miasto, gdzie zwykle pracuję. Do końca tego miesiąca roześle paczki.
Wybrańcom gratuluję, reszta musi poczekać na kolejny Tydzień Wdzięczności w przyszłym roku.
Dziękuję i pozdrawiam :)


wilmapo30stce.blogspot.com

wtorek, 27 czerwca 2017

Rok po 30stce

Dla tych co tęsknią za Wilmą wiadomość taka, że Wilma żyje. Czy jeszcze wróci do blogowania, tego nie wiemy. Wiemy natomiast, że trzyma się świetnie i dalej nie odmawia sobie jedzenia, zwłaszcza truskawek i dobrego wina Carlo Rosi. Mieliśmy przekazać Państwu serdeczne pozdrowienia z jej Królestwa [czytaj archiwum medycznego], a na otarcie łez, pozostawić to oto sympatyczne zdjęcie Naszej Pani Wilmy. 

Z poważaniem 
Całkowicie zależna i skorumpowana Komisja Moderująca
Miłościwie Panującej nam -  Wilmy 

Wilma rok po 30stce

niedziela, 7 maja 2017

Wieści z mrowiska

Wpadłam na moment odkurzyć tu trochę, pajęczyny zdjąć, posprzątać, bo szykują się dwa nowe wpisy. Pod ostatnim postem widziałam kilka komentarzy z pytaniem gdzie jestem i co ze mną. Otóż! Po pierwsze, dziękuję za zainteresowanie, nie przypuszczałam, że ktoś na mnie czeka, ale widzę po statystykach, że jednak blog żyje i wpadają tu jakieś zabłąkane duszyczki. Miło mi. Jednak z mojego mocnego postanowienia poprawy - pisania regularnie postów - nici. Wyszło jak zwykle.... 

Ostatnio taka zapracowana dziewczynka ze mnie, że nie mam czasu na blogowanie. W pracy uwijam się jak mrówka, gdzie zawalona jestem robotą i stertą piętrzącej się dokumentacji, którą archiwizuję schodząc w podziemia zakładu pracy. Na szczęście lubię to, znienawidzone przez wszystkich pracowników, zajęcie, inaczej zwariowałabym tam. Ale o tym w następnych postach. 

Tymczasem pozdrawiam wszystkich. Endzoj! 

niedziela, 16 kwietnia 2017

Chrystus Zmartwychwstał!

Pierwsza rzecz, jak w tytule: Chrystus Zmartwychwstał! 
Druga rzecz, to wszystkim - bez wyjątku - życzę:
Spokojnych, radosnych Świąt Wielkanocnych oraz miłości, która jest ważniejsza od wszelkich dóbr, zdrowia, które pozwala przetrwać najgorsze. Pracy, która pomaga żyć. Uśmiechów bliskich i nieznajomych, które pozwalają lżej oddychać i szczęścia, które niejednokrotnie ocala nam życie.
Trzecia rzecz, którą pewnie zdążyliście zauważyć: wróciłam.

A tymczasem: Smacznego!

Fot. @Wilma

sobota, 8 kwietnia 2017

Wielki Tydzień

Kochani, ponieważ jutro rozpoczyna się Wielki Tydzień, Wilma z tego powodu zawiesza swoją działaność blogową na tydzień. Chce w ciszy i spokoju przeżyć ten nadzwyczajny czas w kościele katolickim, by dobrze przygotować się na najważniejsze dla niej święta Wielkiej Nocy. 
Komentowanie na ten czas zostaje wyłączone. 

Proszę o wyrozumiałość,  życzę owocnego przeżycia okresu Wielkiego Tygodnia tym, którzy również tego potrzebują. 

sobota, 1 kwietnia 2017

Wilma haftuje [#3] - Haft 'ornamentowy' Wilmy


Wiemy. Dziś Prima Aprilis i te sprawy, ale Wilma, na przekór zrobi coś innego niż wszyscy - powie prawdę i oficjalnie przedstawi Wam swoje nowe dzieło.

Na początek krótka historia. Atłasowa poduszka z czarno-złotym ornamentem, z wykorzystaniem nici metalizowanej, pierwotnie miała zostać podarowana pewnemu Panu, który swego czasu podpadł Wilmie strasznie i okrutnie. [Tak już ma, że odgrywa się w dość nietypowy sposób na ludziach, którzy narazili się jej.] Zgodnie z zasadą, że nie piszemy tu publicznie o osobach z otoczenia Wilmy, jego personalia nie zostaną ujawnione. Pomysł ornamentowego wzoru narodził się wiosną zeszłego roku, ale sam projekt powstał latem. Jesienią natomiast Wilma przystąpiła do pracy. Haft wykonywała przez 17 dni poświęcając na to 66 godzin. Trzeba tu dodać, iż wyszywanie na atłasie przy sztucznym świetle to nie lada wyczyn, także prosi się o szacunek, oklaski i pełne wyrazy uznania dla Samozwańczej Arytystki from Kaszuby - Wilmy. W ostatnich dniach roku 2016 haft został ukończony. Poszewkę i poduszkę uszyto w styczniu tego roku. 

Kiedy Wilma zobaczyła efekt, zadecydowała, że poduszka nie zostanie podarowana Panu, który miał ją otrzymać. Nie była dostatecznie zadowolona z końcowego efektu i pomyślała, że poduszka ozdobi wnętrze jej pokoju, a potem pokaże ją publicznie na jakieś wystawie swoich haftów. 

To tyle, jeśli chodzi o ornamentowe hafciarstwo ręczne Wilmy. 

Zdjęcia można powiększyć sobie klikając w nie. 





Proces twórczy (skrócony, reszta na instagramie tu [klik]):


sobota, 25 marca 2017

7 rocznica

Tak się składa, że dziś mam małą rocznicę. Siedem lat temu poddałam się implantacji, która okazała się bardzo dobrą lecz niełatwą decyzją. Był to pierwszy krok powrotu do świata dźwięków. Zabieg pamiętam ze szczegółami, choć to nie jest miłe wspomnienie, daje mi ono mądrą refleksję na całe życie. Mianowicie: każde nowe życie rodzi się w bólach. 

Przeszłam to wszystko z nadzieją na lepsze. Ufałam, starałam się cierpliwie czekać na zagojenie się rany, dzielnie znosiłam ból i skutki traumy, bo niestety przeżycie implantacji będąc od początku do końca świadomą, odcisnęło się na mojej psychice dość znacznie. Ale po trzech miesiącach mogłam słyszeć i funkcjonować normalnie. 

Dziś mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że nie żałuję tej decyzji. W ciągu minionych siedmiu lat, dzięki magicznemu procesorowi dźwięku, mogłam wysłuchać niezliczoną ilość ciekawych wykładów na studiach, usłyszeć pierwszy śmiech i płacz siostrzeńca, a ostatnio informacje, że obroniłam pracę i skończyłam studia. Nie byłoby możliwe podjęcie praktyk zawodowych, pracy w archiwach medycznych, aktywne uczestniczenie w wielu prywatnych, uczelnianych i zawodowych rozmowach lub dyskusjach. Mogłam sama podróżować po Polsce pociągami, samolotami i autobusami, nie martwiąc się, że czegoś nie usłyszę albo nie zrozumiem. A wystarczyło tylko wybrać życie i powiedzieć, przede wszystkim sobie: TAK, CHCĘ. O resztę zadbali lekarze. 

Dziękuję Bogu za ten dzień i za wszystkich tych, którzy pomogli mi wygramolić się z tej potwornie smutnej ciszy i wyjść ze swojego zamkniętego świata do ludzi.....


sobota, 11 marca 2017

Wilma o sobie [#3] - Jak (nie) zostanę naukowcem

Przyjmowanie się do nowej pracy, wiąże się z badaniami lekarskimi i uzyskaniem odpowiedniego zaświadczenia lekarskiego. Niestety i ja musiałam się o takowe postarać, więc poszłam była na badania. 

Punktualnie o godzinie 9:10 przybyłam do Centrum Medycyny Pracy w swoim mieście powiatowym i grzecznie poczekałam na swoją kolej przy "punkcie pobrań". Spodziewałabym się pierwej wybuchu III wojny światowej i ataku terrorystycznego, aniżeli spotkania na poczekalni swojego starego i sprawdzonego lekarza z gminnego ośrodka opieki zdrowotnej. Początkowo nie dowierzałam swym oczom, w końcu minusowa wada wzroku z astygmatyzmem, mogą zrobić w konia człowieka, nawet z najlepiej dobranymi szkłami optycznymi, przez najlepszego specjalistę w województwie. Nie byłam pewna, więc udawałam, że go nie widzę. Na szczęście szybko przyszła na mnie kolej i poszłam odwalić całą procedurę badań lekarskich. 

Starego znajomego Doktora spotkałam ponownie przy gabinecie lekarza medycyny pracy. Doktor od razu zagadał i użył przy tym największego kalibru, strzelając we mnie pytaniem o treści: 

- No i jak tam Wilmo, jest już habilitacja?!

Czasu na pozbieranie się, po usłyszeniu (tak bez żadnego wstępu, odpowiedniego zagajenia, przygotowania mnie na tak mocny strzał i to znienacka) owego pytania, miałam niewiele. [A trzeba wiedzieć, iż w ostatnim czasie to bardzo niewygodne pytanie dla Wilmy.] Uśmiechnęłam się i nie ukrywając zaskoczenia, zgodnie z prawdą odpowiedziałam: 

- Panie! Ja mam problem z magisterką, a Pan mi tu z habilitacją gitarę zawraca....
- Oj tam, przesadzasz. Dlaczego?
Z rozbrajającą szczerością odrzekłam: 
- A bo mi się nie chcę! 
- A to już jest lenistwo, Wilmo.... 
- Tak! Nazwijmy rzeczy po imieniu: to jest prawdziwe lenistwo. Nie chce mi się już bawić w studentkę - za stara jestem. Do tego moje studia specjalistyczne są aż w Toruniu, za daleko... i też już mi się nie chce tak dojeżdżać. 
- A nie chcesz się tam przeprowadzić? To bardzo ładne miasto. 
- Nie. Wolę jednak te swoje Kaszuby, a w najgorszym wypadku Trójmiasto, Panie Doktorze. 
Zostałam wezwana do gabinetu. Po wyjściu i szykowaniu się do opuszczenia poczekalni, Doktor czekając na swoją kolej rzucił mi na pożegnanie: 
- No to czekam na tą habilitację Wilmo! Na razie! 
"Co oni się tak wszyscy na mnie uwzięli??!!" - pomyślałam wychodząc z budynku CMP.

Pamiętam gdy broniłam swojej pracy licencjackiej, na koniec po ogłoszeniu wyników dyrektor instytutu powiedział, że mam iść na magisterkę i to KONIECZNIE! Pozostali panowie z komisji również mnie do tego namawiali, różnie to argumentując. Trochę dziwiła mnie postawa promotora, bo doskonale mnie znał i wiedział, że można mi mówić, zachęcać, prosić... ale ja i tak zrobię co będę chciała. A to, że chodzę własnymi drogami to też już wie, jak również i to, że w tę drogę lepiej mi nie wchodzić. Podczas gdy dyrektorowi chodziło o kolejnego studenta, bo im więcej studentów tym lepiej, bo za każdym studentem idą pieniądze itp. to promotor wiedział, że na poważnie odchodzę z gdańskiej uczelni i idę do Torunia, z wiadomych względów. [Toruń to taka "Mekka" Archiwistów]. Ale jakim cudem zachęcał mnie do tego recenzent, żywiąc nieskrywaną nadzieję, że będę kontynuować rozpoczęte badania na magisterce? Oj... węszę w tym jakiś podstęp! Ale tak na poważnie. Nie otworzyłam sobie kolejnego problemu badawczego w zakończeniu swojej pracy licencjackiej i przez to, chyba jasno, akcentowałam, że pójdę inną drogą niż dotychczas. Jaką? A tego oprócz mnie i Pana Boga nie wie nikt. Taka dociekliwa jestem i chciałbym wiedzieć o co Szanownej Komisji tak naprawdę chodziło... Jednak tego już się nie dowiem, więc zajmę się sobą. 

Jeśli o mnie chodzi to ostatecznej decyzji co do magisterki jeszcze nie podjęłam. Mam na to sporo czasu. Do września jeszcze daleko. Niemniej jednak mam mieszane uczucia. Tytuł magistra mają teraz wszyscy. Dają każdemu, kto tylko przyniesie do dziekanatu pracę dyplomową, nieważne czy napisał ją samodzielnie, czy ktoś, za "drobną" opłatą. Takich leszczy mam w swojej własnej rodzinie. Z resztą pisanie prac dyplomowych na zlecenie to temat rzeka, który w tym momencie jest najmniej istotny. Aby pracować w zawodzie i być szeregowym pracownikiem tytuł magistra nie jest mi potrzebny. Inna sprawa, gdy na poważnie bierze się pod uwagę jednocześnie pracę zawodową i naukową. Bawić się w naukowca, fajna rzecz, ale to jednak ciężki kawałek chleba.... Nie wiem czy dobry będzie dla mnie. 

Obserwowałam na studiach ten naukowy światek. Jejuuuu... jacy oni są tam (prawie) wszyscy poważni.... Nie wiem czy pasowałabym do tego środowiska. Lubię sobie często, jak nie zawsze, pośmieszkować, a o swoich cynicznych i ironicznych uwagach nie wspomnę. Pisanie poważnych tekstów naukowych to dla mnie męka pańska... I zawsze dziwi mnie fakt, gdy dostaję pozytywne opinie dot. moich prac. Albo te osoby kłamią, bo nie chcą robić mi przykrości, albo mówią prawdę. Jeśli to pierwsze to okey. Mogę sobie zrobić magistra dla tzw. większego wynagrodzenia i tyle. A jeśli to drugie? To gorsza dla mnie sprawa, ponieważ to jednak świadczy o tym, że jakieś tam predyspozycje do wykonywania zawodu naukowca mam i byłoby grzechem tak olać to z powodu lenistwa. I cóż zatem począć....? Jaką drogę obrać....? Jak żyć...? Jak żyć...? Panie Donaldzie, absolwencie mojego wydziału, jak żyć...?


sobota, 4 marca 2017

Wilma i jej refleksje [#2] - Archiwista "klauzurowy"?

Było dość ciepło jak na luty. Padało. Wczesnym rankiem wsiadłam do samochodu i wraz z moim kierowcą pojechałam do Trójmiasta. Musiałam zdążyć na 9:00. Punktualnie o dziewiątej zaczynała się rozmowa, nie mogłam się spóźnić. Na szczęście ominęliśmy korki i zdążyłam. Weszłam do starego budynku archiwum. Przypomniało mi się jak byłam tam ostatni raz, jeszcze jako studentka. Pamiętam... To był czas, kiedy zbierałam materiały do pracy dyplomowej. Zmagałam się wówczas z bolesną chorobą. Było mi trudno wysiedzieć w pracowni, pochylając się nad stertą starych, pożółkłych dokumentów z poprzedniego wieku i fotografując niektóre. Ciekawe dlaczego przypominają mi się akurat te ostatnie wizyty w pracowni naukowej, gdy byłam tam wcześniej kilka razy, by odrobić zadania domowe na ćwiczenia. Może dlatego, że w zwojach mojej pamięci zapisał się ten niemiłosierny ból?  

Wiedziałam gdzie są toalety, gdzie sekretariat, choć po remoncie trochę się tam pozmieniało. Usiadłam i cierpliwie czekałam. Na sąsiedniej kanapie siedziały dwie młode dziewczyny. Bardzo zestresowane. Widać było, że to dla nich jedna z pierwszych rozmów o pracę. Nie wiedziałam czy są po studiach, czy dopiero studiują. Nigdy nie widziałam ich u siebie na wydziale. W każdym razie okazało się, że były świeżo po liceum... 

Siedziałam spokojna. Uśmiechałam się sama do siebie, przypominając sobie jak kiedyś zaczynałam swoje poszukiwanie pracy po maturze. Nie miałam ani doświadczenia, ani wyuczonego zawodu. Było w tedy dość ciężko o jakąkolwiek pracę i brało się to co aktualnie oferował urząd pracy. Ale dziś jest inaczej. Mam wyuczony zawód i doświadczenie zawodowe. I w końcu... Łaskawie postarałam się o dyplom. 

Poproszono pierwszą osobę z listy (razem było nas czterech). Panie obok dalej rozprawiały jak nakręcone, a ja na chwilę wyłączyłam się i zaczęłam zastanawiać się: co ja tutaj właściwie robię? Wysłałam list motywacyjny i wszystkie dokumenty w zasadzie dla hecy. Chciałam zobaczyć czy kogokolwiek zainteresuje moje CV. Właściwie to miałam już zaklepaną pracę. Kwestia tylko podpisania odpowiedniej umowy, dogadanie się z kierownikiem co do czasu i konkretnych godzin i zabranie się do pracy. Tłumaczyłam sobie, że jeśli dostanę tu pół etatu to drugie pół spędzę tam i nie będę musiała specjalnie jeździć do Trójmiasta na kilka godzin w tygodniu. Ale to nieprawda. Wcale nie miałam ochoty pracować w tym archiwum. Niby to fajnie wygląda w CV: praca młodszego archiwisty w służbie cywilnej. [Łał... łał! Wilmo, ale mierzysz wysoko!] Lecz to tylko mydlenie sobie samej oczu. Tak naprawdę to siedzę i czekam tylko po to, by zobaczyć jak wyglądają rozmowy kwalifikacyjne z prawdziwego zdarzenia w poważnych instytucjach państwowych. Mało takich w życiu doświadczyłam. Dlaczego nie przygotowywałam się do tej rozmowy merytorycznie? Nie chciałam wyjść na genialnie ogarniętą laskę, która wie więcej od rekrutujących. Wolałam przyjść na totalnym lajcie i zrobić przynajmniej miłe wrażenie sympatycznej, chętnej do pomocy dziewczyny, nie aspirującej na wyższe stanowiska. 

Z tego wewnętrznego monologu, prowadzonego dla zabicia czasu, wyrwała mnie wychodząca z magazynów pracownica, która podeszła do młodych dziewcząt i przywitała się z jedną z nich. Uspokoiła ją, że nie ma się co martwić, wszystko będzie dobrze i nie trzeba się tak stresować. Przysiadła do dziewczyn i zaczęła rozmawiać. W pięć sekund wydedukowałam, że obie kobiety się znają i w zasadzie to już wiadomo kto wygra konkurs na to stanowisko. 
Uśmiechnęłam się do siebie. To było do przewidzenia, robiłam za 'sztuczny tłum'. Ale! Zaraz, zaraz!!! Co ty kobieto odstawiasz?!! - pomyślałam o nowoprzybyłej. Ty!? Pani archiwistko, jako pracownik tutejszej instytucji decydujesz się na taką niedyskrecję? Kobieto, czyś ty powariowała? - krzyczałam sobie tak w myślach, ale nadeszła moja kolej i musiałam wejść do sali. 

Gdy wracałam z rozmowy do domu, odebrałam telefon od pani rekrutującej z informacją, iż zajęłam drugie miejsce w konkursie. Ponoć wypadłam świetnie. Pani prosiła abym śledziła portal nabory służby cywilnej i jeśli pojawi się kolejna oferta pracy w tym archiwum, aplikowała. Prosiła o to bardzo.... Miło było słyszeć takie komplementy. Zastanawiałam się, jakim cudem znalazłam się na tym II miejscu... Przecież popełniłam masę błędów. Najwidoczniej panie z komisji rekrutacyjnej nie dały nabrać się na mój "brak" merytorycznej wiedzy. Swoją drogą, to były też świetne babki. 

Jednak wciąż pozostawałam w ciężkim szoku - po ujrzeniu zachowania owej pracownicy. Gdzie, do jasnej cholery, zapodziała się jej urzędowa dyskrecja! Czy u archiwisty nie powinna być to zasada nr 1 i obowiązywać w każdym obszarze życia? Nie dziwi mnie fakt, że kobieta jawnie pokazała nam kto wygra konkurs, bo takie rzeczy zdarzają się bardzo często i wszędzie. Uderzył mnie natomiast przejaw braku profesjonalizmu z jej strony. Od czasu pierwszych zajęć z archiwistyki uważałam, że pracując w tym zawodzie powinno się świecić przykładem dyskrecji. Tego nas z resztą uczył jeden z profesorów z zakładu archiwistyki. Brak dyskrecji i niepoważne podejście do pracy w archiwum na praktykach studentów z UG było, swego czasu, powodem zerwania dobrych stosunków gdańskiego IPNu z uczelnią. W konsekwencji, studenci archiwistyki nie mogli podjąć praktyk zawodowych w tej instytucji. A tu proszę! Kogo zatem przyjmują do tej pracy? I dlaczego pozostali pracownicy nie zwrócili jej uwagi przechodząc obok? Czy jest na to ogólne przyzwolenie pozostałych archiwistów? Jeśli tak, to ja z chęcią oddam swój dyplom i nie podejmę pracy w żadnym archiwum. Nie godzę się na coś podobnego. Najwyraźniej za bardzo poważnie traktuję swój zawód, albo urodziłam się za późno i nie nadaję się na te dzisiejsze czasy...
   


sobota, 25 lutego 2017

Brak usprawiedliwienia


Pozostanie chyba tradycją, że w ostatnią sobotę miesiąca u Wilmy pojawia się tekst typu: o wszystkim i o niczym

Tak, tak Wilma znów nie podołała. Nie napisała i nie opublikuje dzisiaj sensownego tekstu. I w sumie to ma teraz problem, ponieważ Pani Nivejka powiedziała jej miesiąc temu, że ma jeszcze jedno nieprzygotowanie do wykorzystania. A do końca roku daleko i jak tu teraz usprawiedliwić się przed szanownymi czytelnikami, nie tracąc cennego nieprzygotowania? Są dwa wyjścia. 
Pierwszy: zwolnienie lekarskie. Jednak w ostatnim tygodniu, jak na złość, Wilmie nic nie dolegało, pozostaje więc symulowanie wyimaginowanej choroby. Ale wówczas trzeba byłoby pomyśleć, jaką by tu poważną jednostkę chorobową wymyślić i dorobić do niej odpowiedni scenariusz i reżyserię. W grze aktorskiej Wilma jest akurat dobra, w końcu jak wiadomo, chciała kiedyś zostać absolwentką szkoły filmowej. Niestety czasu na rozmyślanie za bardzo nie miała. Sprawy zawodowe były ważniejsze. A poza tym, znana jest ze swojej autentyczności, więc tak udawać i oszukiwać swoich zaprzyjaźnionych blogerów to tak... nie uchodzi, nie uchodzi....
Drugi: pójście na wagary. Ale tu znowu niewypał. Dzień Wagarowicza dopiero w marcu, a w tym roku przypada, jak na złość, w dzień poprzedni, a nie w weekend.  

Związku z powyższym Wilma nie ma na dziś stosownego usprawiedliwienia. Ale coś tu trzeba Wam napisać i wstawić ładną fotografię, którą zwykle widzicie, ale żadne z Was nie pochwali Wilmy za talent fotograficzny. [Proszę się tu zaraz, szybciutko poprawić i pozostawić jakiś komplement. Tu na dole w komentarzach. Dziękuję!] 

Zwyczajem miesiąca poprzedniego, zamiast Wilmy piszecie Wy. A zatem, co ciekawego u Was słuchać? Jak tam zdrowie dopisuje? Jak spędzacie ostatnią sobotę karnawału? Jakie macie plany na najbliższy tydzień? Co Was trapi, a co wzrusza? Jaką książkę przeczytaliście i chcecie polecieć Wilmie? Jaki film oglądaliście i nie chcecie nikomu polecić, bo zwyczajnie wstydzicie się, że go oglądaliście? I tradycyjnie. Nie musicie pisać prawdy. 

To miłego tygodnia Wam życzę. Żonatych Panów pozdrawiam, Panie ściskam i całuję. 



sobota, 18 lutego 2017

E-Mail doświadczonego diabła do początkującego diabła [#1]


Od: Kusiciel Starszy <satanusolavius@inferno.pl> 
Do: Kusiciel Młodszy <satanusxavierus@inferno.pl> 
Data: 30 stycznia 2017 00:05

Mój drogi przyjacielu Kusicielu, 

słyszałem, że dostałeś awans i od wczoraj jesteś Młodszym Kusicielem. Spieszę z gratulacjami, aczkolwiek wieść, kto został Tobie przydzielony, na tzw. zły początek, ogromnie mnie zaniepokoiła. 
Słyszałem już co nieco o Twojej - nazwijmy ją - Podopiecznej. Miała już chyba ze trzech Kuszących. Ostatni... - niech go szlag! - został odsunięty od zadania (sprowadzenia ją tutaj, do Naszego Piekielnego Królestwa)i wywalony z roboty, po tym jak, jakimś dziwnym trafem, dostały się w jej ręce listy naszego starego kolegi Jadowitego Węża, podprowadzone i upublicznione przez tego.... Tak! tego amerykańskiego apologetę katolickiego, pajaca przeklętego! 

Nie, nie, samo czytanie tych listów jeszcze nic złego nie znaczy, ale wyobraź sobie, że coś się jej w głowie pokiełbasiło i zamiast brać z tych listów odpowiedni, czytaj: zadowalający nas, przykład, to pognała do spowiedzi! A potem jeszcze została na tej.... och!!!!! Nie może mi to przejść przez gardło! W każdym razie wiesz o co mi chodzi(tłumaczyli Ci to zapewne na szkoleniu) to taka uczta, w której Syn naszego Nieprzyjaciela oddaje się tym małym, naiwnym, ludzkim robakom, przez co oni będąc w tej śmiesznej łasce, karmią swą duszę Jego ciałem i krwią oraz Jego słowem, a my potem musimy się sporo napracować, aby tą łaskę im zabrać i oddalić od naszego Nieprzyjaciela
Twój poprzednik robił co mógł aby ją od tej spowiedzi odwieść, kusząc ją jej ulubionymi zajęciami, byle tylko nie polazła do tego czerwonoceglanego, trzynastowiecznego budynku, gdzie tuż przy wejściu, stoją te straszne, sprowadzające na nas niewypowiedziane katusze, narzędzia kościoła katolickiego służące do oczyszczenia ludzkiej duszy. Niestety jej wola była silniejsza od perswazji Twojego poprzednika. A już tak dobrze mu szło.... Kilka miesięcy nie zaglądała do tych drewnianych, okratowanych, kościelnych mebelków.     

Co się z Twoim poprzednikiem stało, chyba nie muszę Ci pisać?!Jego krzyki wydobywające się z wrzącego kotła nr 666666 docierają, aż tu, do mojego gabinetu. W każdym razie, Ty również możesz podzielić jego los, jeśli nie dokonasz wszelkich starań, aby ponownie ją odwieść od naszego Nieprzyjaciela

Ona już wie, że On istnieje. Niestety była już raz po drugiej stronie (za światełkiem w tunelu) lecz Nieprzyjaciel postanowił dać jej szanse i puścił z powrotem na ten ziemski padół. Z jednej strony zrobił nam wielką przysługę, z drugiej, kto Go tam wie, jaki ma wobec niej zamiar. Ona generalnie też nie wie, ale coś zaczyna chyba jarzyć i Twoje zadanie jest m.in takie, aby obczaić co konkretnie ma w tym życiu zrobić, no i chyba nie muszę Ci powtarzać - słyszałeś to wielokrotnie na szkoleniu - skutecznie odwieść ją od spełnienia woli naszego Nieprzyjaciela

sobota, 11 lutego 2017

Wilma haftuje [#2] - Pracowity styczeń i Zenek w kadrze

U początku roku 2017 Wilma została zmuszona do pracy. Gdyby była to praca tylko nad swoim wyglądem byłoby pół biedy, ale to była praca nad zaawansowanym lenistwem! Ci, którzy wiedzą jak wygląda walka z tym grzechem, mają zapewne świadomość, iż nie jest to łatwe zadanie.... Dla Wilmy okazało się straszną męką.... Niedokończone hafty czekały, a wraz z nimi koleżanki, które otrzymać je chciały. 

 ❖ ❖ ❖ ❖ ❖ ❖ 

W styczniu pierwszym ukończonym i dopiętym na ostatni guzik projektem były dwie ręcznie haftowane poszewki z imionami nowożeńców. Wedle skrupulatnych obliczeń, projekt ten kosztował ok. 89 godzin pracy i 95,5 metrów muliny. Efekt? Proszę bardzo:




Miś Zenek bardzo chciał być sfotografowany, więc Wilma zaangażowała go, po znajomości, do sesji zdjęciowej. 



Proces twórczy poszewek - przy okazji próby sklecenia pierwszego filmiku na YouTube [wersja amator]: 







Między kończeniem jednego projektu a rozpoczęciem drugiego, Wilma przypomniała sobie, że 21 i 22 stycznia przypada Dzień Babci i Dziadka. Postanowiła na trzy dni zapomnieć o swojej egoistycznej naturze oraz egocentryzmie Samozwańczej Arytystki from Kaszuby i zrobić dla swoich kochanych dziadków kartkę ręcznie haftowaną, którą wysłała pocztą, ponieważ dziadków po tzw. mieczu ma daleko.... Mniej więcej tak wyglądał, Proszę Państwa, proces twórczy trwający 11 godzin i minut 20


sobota, 4 lutego 2017

Wilma o sobie [#2] - Jak zostałam egoistyczną blogerkĄ

Dzisiaj będzie nieco poważniej niż zwykle. 

Moja kariera "blogerki" zaczęła się jakoś tak pod koniec 2008 roku. Pierwszy blog? Tradycyjnie na onecie. Pierwszy nick? Słoneczko.... (Zmieniłam go później, kiedy Gimbaza zaczęła bawić się w słoneczko - jakoś tak było mi, po tej całej akcji, nieswojo...) Opisywałam na nim swoje przeżycia związane z chorobą i o tym jak szlag trafił mój słuch. Tęskniłam za koncertami symfonicznymi, na które chodziłam namiętnie w latach 2006-2008. Oooj... jak ja kochałam tę muzykę.... Między wierszami opisywałam też swoją wielką miłość. Doskonale pamiętam jak miał na imię. Jak wyglądał. Jak mówił. Jak się uśmiechał. Ale to wszystko się skończyło. I nadszedł nowy etap w życiu, a wraz z nim, nowy blog i nowy nick. 

Drugi blog też na onecie. Nick był taki sam jak moje imiona, tyle że po angielsku. Na tym blogu leczyłam się z tej wielkiej miłości, ale i też cieszyłam z odzyskanego słuchu. Poznałam wówczas kilka fajnych osób z blogosfery, z niektórymi utrzymuję do dziś kontakt. Potem Onet zaczął się psuć i przeniosłam się na Bloxa

Założyłam nowy blog z innym nickiem. Był to, również, nowy rozdział w życiu - studia. Poza tym była też miła, aczkolwiek bardzo krótka, przygoda z pilotami z PL LOT. Nieco dłuższą historią, którą opisywałam na łamach swojego pamiętnikowego bloga, była znajomość z doktorem - rezydentem, poznanym w klinice, gdzie pracowałam kilka miesięcy, zaraz po praktykach w archiwum medycznym. No wielka miłość toto nie była, znajomość też nietrwała długo. Do dziś jeszcze kolega doktor nie otrzymał ode mnie aktu łaski. A to znaczy u Wilmy tyle, że w każdej chwili może się ona bezwzględnie odegrać. 

Dość krótko leczyłam się z doktora, na innym już blogu z nickiem, którego używam do dziś. Jednakże nie mogłam sobie na nim popisać zbyt dużo, ponieważ zachorowałam boleśnie i okrutnie i nie miałam siły na pisanie.  

Kiedy wyzdrowiałam, odkryłam bloggera i będąc już mądrzejsza, bardziej zdystansowana do życia, zaczęłam pisać na Mów mi Wilma!  Radość z pisania i robienia sobie jaj, skończyła się wraz z przyjściem męki pańskiej pt. pisanie pracy licencjackiej. A potem to już przyszła miłość do tamborka i igły. Czasu na pisanie czegokolwiek brakowało, podobnie jak i ochoty. Historię o tym jak mi się go przez przypadek usunęło - znacie. 

Z powyższego opisu wynika, iż posiadałam w swej karierze "blogerki" 5 blogów - pamiętników. Każdy z nich to kawałek mnie i mojej historii, z którą postanowiłam podzielić się z całym światem. Zachowując jednak te najbardziej osobiste przeżycia dla siebie. Nigdy też nie rozpisywałam się o członkach swojej rodziny, przyjaciołach, znajomych, o ich odczuciach, życiu, historii, o rodzinnych wydarzeniach itp. Wspominałam tylko o nich i o tych zdarzeniach, które bezpośrednio dotyczyły mnie. I zamierzam się tego trzymać. Dlaczego? 

Ostatnio pochodziłam po blogosferze i weszłam na pewien blog, w którym jakaś pani opisywała obecną sytuacje z życia swojej przyjaciółki. Miała ona męża maminsynka i płakała po nocach, bo jej małżeństwo okazało się wielkim nieszczęściem. Poczytałam komentarze i przeraziłam się. Ludzie wieszali koty na mężu tej nieszczęśliwej kobiety. Obrażali go, jego matkę i siostrę. Jednak mnie poruszyło zupełnie coś innego. Mianowicie, jak to jest, że ludzie na podstawie kilku akapitów, swoją drogą, napisanych przez kogoś, kto nie uszanował prywatnego życia swojej przyjaciółki, z taką łatwością oceniają czyjeś decyzje, zachowania, nie znając głębszej przyczyny, prawdziwej historii. Są wielce oburzeni zachowaniem "mężusia" tamtej, wołają o sprawiedliwość do Boga, nie czyniąc żadnej refleksji, że pierw należałoby objechać autorkę bloga, za brak dyskrecji z jej strony. Przyznam, że czułabym się podle, gdybym dowiedziała się, że osoba, której zaufałam poszła z tym wszystkim na internety i o mojej osobistej tragedii czyta teraz masa obcych ludzi. Owszem, było tam bez nazwisk, ale nie oszukujmy się, prędzej czy później ktoś ze znajomych lub rodziny tej kobiety, i co gorsza, jej męża, trafią na ten blog po linkach z fejsbuka czy najzwyczajniej pocztą pantoflową, pokojarzą fakty, osoby... no i mamy jeszcze większe nieszczęście gotowe. Czasy anonimowości w sieci dawno skończyły się. I to, co się raz napisze, nigdy z internetu nie zniknie, a zaszkodzić może bardzo... 
Nie daję, więc sobie prawa na to, aby ograbiać swoich bliskich, przyjaciół czy odgrywających jakąś większą rolę w moim życiu ludzi, z ich życia prywatnego. Dbam o ich dobre imię i pamięć, cokolwiek mi złego zrobili. Szanuję ich. Nie chcę skrzywdzić. Dlatego wolę pisać głównie o sobie. Bezpiecznej...

Piszę ten blog dla siebie, traktując to pisanie jako zabawę, odskocznie, swego rodzaju oczyszczenie, czy też zwykłą przyjemność. A przy okazji pozwalam czytać i komentować go innym. Niektórych znam osobiście, innych dopiero poznaję, co daje mi jeszcze większą frajdę, niż prowadzenie własnego bloga. Nie zapraszam specjalnie do czytania u siebie, ani też nie zależy mi na ilości komentarzy. Choć nie ukrywam, jest mi bardzo miło kiedy ktoś przyjdzie, poczyta i podzieli się ze mną swoją myślą, historią, wypowie swoje zdanie, rozbawi mnie, pośmieje się wraz ze mną i resztą czytaczy. Jeśli robi to w jakiś ogólnie przyjęty i przyzwoity sposób. Bardzo jestem wdzięczna tym, którzy czasem nie mając nic sensownego do powiedzenia, zwyczajnie milczą. Szanują moją prywatność, moją wolność, moją inność i moje zasady.  

Dla tych jednak co próbują mi tu na siłę wprowadzać swoje zasady, mogę jedynie powiedzieć: to mój jest ten kawałek podłogi. I nie muszę tu tłumaczyć się z tego, co usuwam, a co nie. I lepiej jest, gdy nie przekracza się moich granic, bo można tego gorzko pożałować. 
I tym optymistycznym akcentem kończę, życząc stałym czytelnikom wszystkiego dobrego na calusieńki nowy tydzień. 




sobota, 28 stycznia 2017

Zgłaszam nieprzygotowanie!


W mijającym tygodniu nie udało mi się sklecić żadnej sensownej notki na dzisiaj, więc chciałabym zgłosić nieprzygotowanie. Tak. Wiem... Miałam cały tydzień na pisanie, ale... gdyż... poniewóż... zwyczajnie się nie wyrobiłam. Kończyłam zaległe zamówienie, w konsekwencji tego nie doczytałam książki, o której chciałam tutaj napisać. Bolała mnie głowa. Wróć. Chore zatoki. I byłam na prochach. Rodzice z okazji uzyskania dyplomu sprezentowali mi nowy tablet (Państwo rozumieją, że instalowanie aplikacji i nowego oprogramowania do szybkich czynności nie należy - wyprzedzając kąśliwe uwagi znawców techniki - tak, jestem po liceum o profilu informatycznym i ogarniam to wszystko sama. Szwagier przyjedzie dopiero dziś wieczorem.) To byłoby na tyle wymówek... 

Związku z powyższym piszecie Wy. A zatem, jak się macie? Co u Was ciekawego słychać? Przy okazji chciałabym poznać swoich czytelników, więc jeśli ktoś chce, może napisać mi ile ma żon, mężów, dzieci - to niekoniecznie musi być prawda [i tak to potem sprawdzę] - czym się na co dzień zajmuje, co denerwuje, a co cieszy i raduje. Jakie macie plany na zbliżający się tydzień? Jakie nastroje przed miesiącem lutym? Itd.... Będzie mi naprawdę bardzo miło o Was czegoś się dowiedzieć.
Ewentualnie można tylko powiedzieć: "Dzień dobry Wilmo" i to też będzie mile widziane.   

Tymczasem ja idę rozpocząć nowy projekt. Doczytać książkę. I tam jeszcze parę innych rzeczy zrobić. 
Miłego tygodnia Kochani! Nieżonatych panów całuję, panie ściskam i też całuję. Żonatych pozdrawiam. 

sobota, 21 stycznia 2017

Wima i jej refleksje [#1] - Final destination by Wilma

Koniec świata! Po stu latach studiowania, po pięćdziesięciu latach oczekiwania Wilma dostała dyplom ukończenia studiów pierwszego stopnia. Nieeee.... Majowie nie mogli tego przewidzieć. A jednak! Stało się, Wilma ma oficjalnie wykształcenie wyższe z tytułem (śmiesznego) licencjata. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie dwie rzeczy. Jakie? Idźmy dalej i dowiedzmy się razem. 

To jak Wilma trafiła na studia i dlaczego akurat na historię ze specjalnością archiwistyka to dłuższa opowieść, dostępna dla zainteresowanych bliższym poznaniem Wilmy. No bo przecież w pisaniu bloga wcale nie o to chodzi, aby tak wszystko o sobie i co ma się w głowie, ewentualnie w sercu, od razu wyłożyć jak na patelni i nie pozwolić odkrywać siebie po trochu, po cichu, po wielkiemu cichu i po kawałeczku cienia. Prawda? W każdym razie, Wilma poszła na studia i początkowo nie chciała studiować tego co studiowała. Miała wówczas taki tajny, szatański plan. "Pójdę sobie na historię, rok postudiuję i potem czmychnę na pielęgniarstwo albo analitykę medyczną." - pomyślała. 

Jednak coś nie dawało jej spokoju. Tym czymś było uporczywe pytanie, wygenerowane w mózgu Wilmy, które pojawiło się już pierwszego dnia po ślubowaniu na inauguracji roku akademickiego na Wydziale Historycznym łUGie i nie dawało jej spokoju: 
Co ja robię na tym wydziale i kierunku?  
Wilma czuła, że chyba nie jest to miejsce, w którym powinna była się znaleźć. Często też słyszała od swoich koleżanek, poznanych na wydziałowym korytarzu i w aulach, że kompletnie nie pasuje do tego miejsca i środowiska. Różnie to argumentowały, a to, że styl bycia Wilmy im nie pasował, a to jej osobowość i zainteresowanie medycyną, a zwłaszcza, dość niespotykane u współczesnych studentów, zaangażowanie i pasja z jaką Wilma oddawała się pisaniu prac semestralnych. Znalazł się też jeden łoś, który stwierdził, że kobiety nie powinny studiować historii, ponieważ zwyczajnie się do tego nie nadają. Cóż... niektórzy chyba zatrzymali się w pewnej epoce i nie dostali jeszcze porządnie w zęby od zagorzałej feministki.  

Sama Wilma zastanawiała się po co tu jest i jak to się stało, że się tu znalazła, choć przez 5 lat od ukończenia liceum robiła dosłownie wszystko, aby tylko nie iść na historię. Pracowała, chodziła na jakieś śmieszne studium policealne, próbowała dostać się na inne kierunki, omijając szerokim łukiem historię. Normalnie jak filmie Oszukać przeznaczenie. Kombinowała, kombinowała, aż w końcu los, czy też Opaczność Boska - zależy kto w co wierzy lub nie wierzy - tak omotała Wilmę, że ani się nie obejrzała, a tu myk... myk... cyk... i oto jest studentką historii. Nawet nie pofatygowała się pójść na spotkanie organizacyjne i sympatyczna pani z dziekanatu przypisała ją sama na specjalizacje. 

Wilma więc, nie kiwnęła palcem, a ktoś inny zadecydował za nią i tak znalazła się na archiwistyce. Akurat to spodobało się Wilmie. Na tej specjalizacji nie było przedmiotów politologicznych. N a  t e j  specjalizacji nie musiała odbywać praktyk w szkole. N a  t e j specjalizacji było więcej l u z u. A przecież Wilma nie myślała zagrzewać sobie miejsca... 

I tak mijały dni i miesiące roku pierwszego na studiach. Różnie bywało. Były emocjonujące, niezapomniane przeżycia z profesorem od starożytności, były długie, nudne wieczory z wielkimi tomiskami i setkami kserokopii z BUGu. Było pasjonujące i namiętne pisanie pierwszej pracy semestralnej, w której Wilma mogła połączyć swoje zainteresowanie medycyną z historią, coby się profesor z ćwiczeń nie czepiał. I właśnie to ostatnie miało decydujący wpływ na jedną z dwóch decyzji Wilmy w sprawie podjętych przez nią studiów. Połączenie medycyny z historią dawało może nie 100% ale 90% satysfakcji i wystarczająco pobudzało ją do działania, dzięki czemu przestała umierać z nudów na tych studiach. Postanowiła poczekać z analityką medyczną.    
Została.  
A potem.... A potem poznała swoją drugą miłość. Ale o tym, za jakiś czas.

     

sobota, 14 stycznia 2017

Wilma haftuje [#1] - Wilmy hafciarstwo "religijne"


O tym jak Wilma została Samozwańczą Arytystką form Kaszuby można dowiedzieć się tutaj: Wilma haftuje. A tymczasem Wilma wzięła się za tworzenie obrazów o tematyce religijnej. Co ją do tego skłoniło, kto lub co zainspirowało? Jak wyglądał proces twórczy i jaka wyszła z tego amatorszczyzna? Już dziś! I właściwie od teraz możesz stać się świadkiem powstania wielkiego dzieła, o którym przyszłe pokolenia nawet nie wspomną.

Hansa Zatzka wszyscy znają. Nie?! To niech zapytają Wujka Google i poznają. Za to wszyscy kojarzą jego obraz "Anioł Stróż z dziećmi na kładce"[1]. Wilma ma ten obrazek do dzisiaj i pamięta jak klękała przed nim i uczyła się modlitwy do swojego Anioła Stróża, gdy nauczyła się mówić i używać hipokampu. Dziś jest już dużą dziewczynką, której parę lat temu przydzielono funkcję chrzestnej. 
Doskonale pamięta słowa, chrzczącego jej siostrzeńca, proboszcza z małej kaszubskiej wsi, gdzieś za Kościerzyną. Oznajmił wówczas świeżo upieczonym rodzicom chrzestnym, że od teraz będą odpowiedzialni przed Bogiem za pomoc rodzicom w wychowaniu dziecka w wierze katolickiej. Z jakiegoś tajemniczego powodu Wilma wzięła sobie te słowa do serca. Pomyślała, że oprócz kasy, roweru i zegarka na przyjęcie, od czasu do czasu wspomnieć coś o Bogu dzieciakowi trzeba. 
Młody podrósł i powoli można zacząć go katechizować. Na początek historyjki o Aniołkach. Do tego przydał się talent Wilmy. Wyczaiła ładny wzór na Pintereście, ściągnęła za darmoszkę, dobrała kolor płótna, mulin i przystąpiła do pracy. 


Pierwszy etap - chmurki,
 buźka       


Drugi etap - sukienka 


Trzeci etap - lewe skrzydło


Czwarty etap - prawe skrzydło 


Piąty etap - pierwsza część napisu   
   
  
Szósty etap - druga część napisu 

    

Efekt końcowy 
(Wilma kombinowała jak zrobić zdjęcie, aby nie odbijało się wnętrze i flesz, więc jakość jest jaka jest - można kliknąć w obrazek będzie więcej widać) 



Obraz tworzył się 25 godzin i 30 minut, od 5.12.2016 do 16.12.2016. Oprawę wykonała Wilma.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
I tu jest miejsce na rozpoczęcie nowej tradycji. Wchodzą Państwo na tę stronę: The Silver Needlelet i podbijacie Państwo statystyki oglądalności, ewentualnie możecie też: wydać okrzyki zachwytu, mdleć z nadmiaru piękna i estetyki, ronić łzy wzruszenia, zazdrościć talentu Samozwańczej Arytystce from Kaszuby, nienawidzić jej za to, że jest piękna, utalentowana i młoda. I do tego jeszcze, ma dobry gust. 
Jak ktoś ma fejsa może też polajkować sobie tu: FB The Silver Needlelet 
________

sobota, 7 stycznia 2017

Wilma o sobie [#1] - Jak spędziłam Sylwestra 2016

31 grudnia 2016 roku

Leżę. Zastawiam się czy żyję. W zasadzie to już powinnam dawno wynieść swą duszę na tamten świat, po trzeciej z rzędu nieprzespanej nocy, ale przypomniało mi się, że jeszcze nie zdecydowałam, do którego świata chcę się przenieść na wieczność. W końcu zostaliśmy wyposażeni w opcję tzw. "wolna wola", więc wszystko, teoretycznie, w naszych rękach.

Po sprawdzeniu pulsu i jakości samopoczucia, wstałam. Na dwie godziny przed kolacją. Włożyłam małą czarną, wymalowałam twarz, pomalowałam paznokcie, upięłam włosy w kok w stylu Wilma tu rządzi i z powrotem władowałam się do łóżka. Nie byłam w nim sama…

Czekali na mnie Boruta, Rokita i Twardowski. Od czasu do czasu przeleciała Jaga i Lucynka[1]. Późnym wieczorem przyszła Gorączka. Katar i Kaszel już byli, wpadli dwa dni wcześniej. Nocowali…

Wybiła północ. Oderwałam się od Wywiadu z Borutą i przechyliłam kieliszek szampana życząc sobie zdrowia, dystansu oraz świętego spokoju jeszcze za życia. Obejrzałam pokaz sztucznych ogni u sąsiadów, jednych i drugich, a potem z powrotem poszłam do łóżka, słuchając historii Szefa Polskiego Piekła o tym jaki to miał ogromny wpływ na losy naszego kraju od początku jego istnienia. Miałam ubaw po pachy z nieudolnych władców Polski, którzy dali się omotać diabłu oferującemu złote góry plus władze, pieniądze i seks – ponoć każdy porządny diabeł ma to w swoim pakiecie. Skończyłam śmiać się, gdy uzmysłowiłam sobie, że i mną zaraz zacznie interesować się diabeł, jak wyczai, że mogę mieć wpływ na losy ważnych dokumentów. A przecież każdy porządny archiwista wie: 
jeśli nie ma jakiegoś dokumentu w archiwum to znaczy, że „nie istniał”. 
Ale upite łyczki szampana zaczęły szumieć w głowie i sprawiły, że poczułam się jak nowonarodzona. Piękne uczucie… skończyło się jednak szybciej niż myślałam i przyszło mi gorzko pożałować picia alkoholu będąc na lekach. Bolała, dosłownie, każda komórka mojego organizmu. Zasnęłam, z trudem, nad ranem….

1 stycznia 2017 roku

Leżę. Zastanawiam się czy…

Zmartwychwstałam dopiero przed obiadem. Potem to już jakoś dzień zleciał. Bez alkoholu. Miałam nauczkę. I już teraz wiem jak działa szatan. Daje, niby bezinteresownie, podstawia pod nos, mówi, że po tym poczujesz się lepiej. W istocie czujesz się lepiej, ale na chwilę, potem lądujesz w piekle i czujesz tylko ból w kościach. 

I tak oto spędziłam Sylwestra z wirusem. Cóż, niektórzy w 2016 roku łapali Pokemony, ja wirusy… 




_________________________