O blogu

Poniższe opowiadania oparte zostały na prawdziwych wydarzeniach z życia autorki. Bohaterowie drugiego planu, fabuła oraz dialogi są nieco zmodyfikowane.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moja historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moja historia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 lutego 2017

Wilma o sobie [#2] - Jak zostałam egoistyczną blogerkĄ

Dzisiaj będzie nieco poważniej niż zwykle. 

Moja kariera "blogerki" zaczęła się jakoś tak pod koniec 2008 roku. Pierwszy blog? Tradycyjnie na onecie. Pierwszy nick? Słoneczko.... (Zmieniłam go później, kiedy Gimbaza zaczęła bawić się w słoneczko - jakoś tak było mi, po tej całej akcji, nieswojo...) Opisywałam na nim swoje przeżycia związane z chorobą i o tym jak szlag trafił mój słuch. Tęskniłam za koncertami symfonicznymi, na które chodziłam namiętnie w latach 2006-2008. Oooj... jak ja kochałam tę muzykę.... Między wierszami opisywałam też swoją wielką miłość. Doskonale pamiętam jak miał na imię. Jak wyglądał. Jak mówił. Jak się uśmiechał. Ale to wszystko się skończyło. I nadszedł nowy etap w życiu, a wraz z nim, nowy blog i nowy nick. 

Drugi blog też na onecie. Nick był taki sam jak moje imiona, tyle że po angielsku. Na tym blogu leczyłam się z tej wielkiej miłości, ale i też cieszyłam z odzyskanego słuchu. Poznałam wówczas kilka fajnych osób z blogosfery, z niektórymi utrzymuję do dziś kontakt. Potem Onet zaczął się psuć i przeniosłam się na Bloxa

Założyłam nowy blog z innym nickiem. Był to, również, nowy rozdział w życiu - studia. Poza tym była też miła, aczkolwiek bardzo krótka, przygoda z pilotami z PL LOT. Nieco dłuższą historią, którą opisywałam na łamach swojego pamiętnikowego bloga, była znajomość z doktorem - rezydentem, poznanym w klinice, gdzie pracowałam kilka miesięcy, zaraz po praktykach w archiwum medycznym. No wielka miłość toto nie była, znajomość też nietrwała długo. Do dziś jeszcze kolega doktor nie otrzymał ode mnie aktu łaski. A to znaczy u Wilmy tyle, że w każdej chwili może się ona bezwzględnie odegrać. 

Dość krótko leczyłam się z doktora, na innym już blogu z nickiem, którego używam do dziś. Jednakże nie mogłam sobie na nim popisać zbyt dużo, ponieważ zachorowałam boleśnie i okrutnie i nie miałam siły na pisanie.  

Kiedy wyzdrowiałam, odkryłam bloggera i będąc już mądrzejsza, bardziej zdystansowana do życia, zaczęłam pisać na Mów mi Wilma!  Radość z pisania i robienia sobie jaj, skończyła się wraz z przyjściem męki pańskiej pt. pisanie pracy licencjackiej. A potem to już przyszła miłość do tamborka i igły. Czasu na pisanie czegokolwiek brakowało, podobnie jak i ochoty. Historię o tym jak mi się go przez przypadek usunęło - znacie. 

Z powyższego opisu wynika, iż posiadałam w swej karierze "blogerki" 5 blogów - pamiętników. Każdy z nich to kawałek mnie i mojej historii, z którą postanowiłam podzielić się z całym światem. Zachowując jednak te najbardziej osobiste przeżycia dla siebie. Nigdy też nie rozpisywałam się o członkach swojej rodziny, przyjaciołach, znajomych, o ich odczuciach, życiu, historii, o rodzinnych wydarzeniach itp. Wspominałam tylko o nich i o tych zdarzeniach, które bezpośrednio dotyczyły mnie. I zamierzam się tego trzymać. Dlaczego? 

Ostatnio pochodziłam po blogosferze i weszłam na pewien blog, w którym jakaś pani opisywała obecną sytuacje z życia swojej przyjaciółki. Miała ona męża maminsynka i płakała po nocach, bo jej małżeństwo okazało się wielkim nieszczęściem. Poczytałam komentarze i przeraziłam się. Ludzie wieszali koty na mężu tej nieszczęśliwej kobiety. Obrażali go, jego matkę i siostrę. Jednak mnie poruszyło zupełnie coś innego. Mianowicie, jak to jest, że ludzie na podstawie kilku akapitów, swoją drogą, napisanych przez kogoś, kto nie uszanował prywatnego życia swojej przyjaciółki, z taką łatwością oceniają czyjeś decyzje, zachowania, nie znając głębszej przyczyny, prawdziwej historii. Są wielce oburzeni zachowaniem "mężusia" tamtej, wołają o sprawiedliwość do Boga, nie czyniąc żadnej refleksji, że pierw należałoby objechać autorkę bloga, za brak dyskrecji z jej strony. Przyznam, że czułabym się podle, gdybym dowiedziała się, że osoba, której zaufałam poszła z tym wszystkim na internety i o mojej osobistej tragedii czyta teraz masa obcych ludzi. Owszem, było tam bez nazwisk, ale nie oszukujmy się, prędzej czy później ktoś ze znajomych lub rodziny tej kobiety, i co gorsza, jej męża, trafią na ten blog po linkach z fejsbuka czy najzwyczajniej pocztą pantoflową, pokojarzą fakty, osoby... no i mamy jeszcze większe nieszczęście gotowe. Czasy anonimowości w sieci dawno skończyły się. I to, co się raz napisze, nigdy z internetu nie zniknie, a zaszkodzić może bardzo... 
Nie daję, więc sobie prawa na to, aby ograbiać swoich bliskich, przyjaciół czy odgrywających jakąś większą rolę w moim życiu ludzi, z ich życia prywatnego. Dbam o ich dobre imię i pamięć, cokolwiek mi złego zrobili. Szanuję ich. Nie chcę skrzywdzić. Dlatego wolę pisać głównie o sobie. Bezpiecznej...

Piszę ten blog dla siebie, traktując to pisanie jako zabawę, odskocznie, swego rodzaju oczyszczenie, czy też zwykłą przyjemność. A przy okazji pozwalam czytać i komentować go innym. Niektórych znam osobiście, innych dopiero poznaję, co daje mi jeszcze większą frajdę, niż prowadzenie własnego bloga. Nie zapraszam specjalnie do czytania u siebie, ani też nie zależy mi na ilości komentarzy. Choć nie ukrywam, jest mi bardzo miło kiedy ktoś przyjdzie, poczyta i podzieli się ze mną swoją myślą, historią, wypowie swoje zdanie, rozbawi mnie, pośmieje się wraz ze mną i resztą czytaczy. Jeśli robi to w jakiś ogólnie przyjęty i przyzwoity sposób. Bardzo jestem wdzięczna tym, którzy czasem nie mając nic sensownego do powiedzenia, zwyczajnie milczą. Szanują moją prywatność, moją wolność, moją inność i moje zasady.  

Dla tych jednak co próbują mi tu na siłę wprowadzać swoje zasady, mogę jedynie powiedzieć: to mój jest ten kawałek podłogi. I nie muszę tu tłumaczyć się z tego, co usuwam, a co nie. I lepiej jest, gdy nie przekracza się moich granic, bo można tego gorzko pożałować. 
I tym optymistycznym akcentem kończę, życząc stałym czytelnikom wszystkiego dobrego na calusieńki nowy tydzień. 




sobota, 21 stycznia 2017

Wima i jej refleksje [#1] - Final destination by Wilma

Koniec świata! Po stu latach studiowania, po pięćdziesięciu latach oczekiwania Wilma dostała dyplom ukończenia studiów pierwszego stopnia. Nieeee.... Majowie nie mogli tego przewidzieć. A jednak! Stało się, Wilma ma oficjalnie wykształcenie wyższe z tytułem (śmiesznego) licencjata. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie dwie rzeczy. Jakie? Idźmy dalej i dowiedzmy się razem. 

To jak Wilma trafiła na studia i dlaczego akurat na historię ze specjalnością archiwistyka to dłuższa opowieść, dostępna dla zainteresowanych bliższym poznaniem Wilmy. No bo przecież w pisaniu bloga wcale nie o to chodzi, aby tak wszystko o sobie i co ma się w głowie, ewentualnie w sercu, od razu wyłożyć jak na patelni i nie pozwolić odkrywać siebie po trochu, po cichu, po wielkiemu cichu i po kawałeczku cienia. Prawda? W każdym razie, Wilma poszła na studia i początkowo nie chciała studiować tego co studiowała. Miała wówczas taki tajny, szatański plan. "Pójdę sobie na historię, rok postudiuję i potem czmychnę na pielęgniarstwo albo analitykę medyczną." - pomyślała. 

Jednak coś nie dawało jej spokoju. Tym czymś było uporczywe pytanie, wygenerowane w mózgu Wilmy, które pojawiło się już pierwszego dnia po ślubowaniu na inauguracji roku akademickiego na Wydziale Historycznym łUGie i nie dawało jej spokoju: 
Co ja robię na tym wydziale i kierunku?  
Wilma czuła, że chyba nie jest to miejsce, w którym powinna była się znaleźć. Często też słyszała od swoich koleżanek, poznanych na wydziałowym korytarzu i w aulach, że kompletnie nie pasuje do tego miejsca i środowiska. Różnie to argumentowały, a to, że styl bycia Wilmy im nie pasował, a to jej osobowość i zainteresowanie medycyną, a zwłaszcza, dość niespotykane u współczesnych studentów, zaangażowanie i pasja z jaką Wilma oddawała się pisaniu prac semestralnych. Znalazł się też jeden łoś, który stwierdził, że kobiety nie powinny studiować historii, ponieważ zwyczajnie się do tego nie nadają. Cóż... niektórzy chyba zatrzymali się w pewnej epoce i nie dostali jeszcze porządnie w zęby od zagorzałej feministki.  

Sama Wilma zastanawiała się po co tu jest i jak to się stało, że się tu znalazła, choć przez 5 lat od ukończenia liceum robiła dosłownie wszystko, aby tylko nie iść na historię. Pracowała, chodziła na jakieś śmieszne studium policealne, próbowała dostać się na inne kierunki, omijając szerokim łukiem historię. Normalnie jak filmie Oszukać przeznaczenie. Kombinowała, kombinowała, aż w końcu los, czy też Opaczność Boska - zależy kto w co wierzy lub nie wierzy - tak omotała Wilmę, że ani się nie obejrzała, a tu myk... myk... cyk... i oto jest studentką historii. Nawet nie pofatygowała się pójść na spotkanie organizacyjne i sympatyczna pani z dziekanatu przypisała ją sama na specjalizacje. 

Wilma więc, nie kiwnęła palcem, a ktoś inny zadecydował za nią i tak znalazła się na archiwistyce. Akurat to spodobało się Wilmie. Na tej specjalizacji nie było przedmiotów politologicznych. N a  t e j  specjalizacji nie musiała odbywać praktyk w szkole. N a  t e j specjalizacji było więcej l u z u. A przecież Wilma nie myślała zagrzewać sobie miejsca... 

I tak mijały dni i miesiące roku pierwszego na studiach. Różnie bywało. Były emocjonujące, niezapomniane przeżycia z profesorem od starożytności, były długie, nudne wieczory z wielkimi tomiskami i setkami kserokopii z BUGu. Było pasjonujące i namiętne pisanie pierwszej pracy semestralnej, w której Wilma mogła połączyć swoje zainteresowanie medycyną z historią, coby się profesor z ćwiczeń nie czepiał. I właśnie to ostatnie miało decydujący wpływ na jedną z dwóch decyzji Wilmy w sprawie podjętych przez nią studiów. Połączenie medycyny z historią dawało może nie 100% ale 90% satysfakcji i wystarczająco pobudzało ją do działania, dzięki czemu przestała umierać z nudów na tych studiach. Postanowiła poczekać z analityką medyczną.    
Została.  
A potem.... A potem poznała swoją drugą miłość. Ale o tym, za jakiś czas.

     

sobota, 7 stycznia 2017

Wilma o sobie [#1] - Jak spędziłam Sylwestra 2016

31 grudnia 2016 roku

Leżę. Zastawiam się czy żyję. W zasadzie to już powinnam dawno wynieść swą duszę na tamten świat, po trzeciej z rzędu nieprzespanej nocy, ale przypomniało mi się, że jeszcze nie zdecydowałam, do którego świata chcę się przenieść na wieczność. W końcu zostaliśmy wyposażeni w opcję tzw. "wolna wola", więc wszystko, teoretycznie, w naszych rękach.

Po sprawdzeniu pulsu i jakości samopoczucia, wstałam. Na dwie godziny przed kolacją. Włożyłam małą czarną, wymalowałam twarz, pomalowałam paznokcie, upięłam włosy w kok w stylu Wilma tu rządzi i z powrotem władowałam się do łóżka. Nie byłam w nim sama…

Czekali na mnie Boruta, Rokita i Twardowski. Od czasu do czasu przeleciała Jaga i Lucynka[1]. Późnym wieczorem przyszła Gorączka. Katar i Kaszel już byli, wpadli dwa dni wcześniej. Nocowali…

Wybiła północ. Oderwałam się od Wywiadu z Borutą i przechyliłam kieliszek szampana życząc sobie zdrowia, dystansu oraz świętego spokoju jeszcze za życia. Obejrzałam pokaz sztucznych ogni u sąsiadów, jednych i drugich, a potem z powrotem poszłam do łóżka, słuchając historii Szefa Polskiego Piekła o tym jaki to miał ogromny wpływ na losy naszego kraju od początku jego istnienia. Miałam ubaw po pachy z nieudolnych władców Polski, którzy dali się omotać diabłu oferującemu złote góry plus władze, pieniądze i seks – ponoć każdy porządny diabeł ma to w swoim pakiecie. Skończyłam śmiać się, gdy uzmysłowiłam sobie, że i mną zaraz zacznie interesować się diabeł, jak wyczai, że mogę mieć wpływ na losy ważnych dokumentów. A przecież każdy porządny archiwista wie: 
jeśli nie ma jakiegoś dokumentu w archiwum to znaczy, że „nie istniał”. 
Ale upite łyczki szampana zaczęły szumieć w głowie i sprawiły, że poczułam się jak nowonarodzona. Piękne uczucie… skończyło się jednak szybciej niż myślałam i przyszło mi gorzko pożałować picia alkoholu będąc na lekach. Bolała, dosłownie, każda komórka mojego organizmu. Zasnęłam, z trudem, nad ranem….

1 stycznia 2017 roku

Leżę. Zastanawiam się czy…

Zmartwychwstałam dopiero przed obiadem. Potem to już jakoś dzień zleciał. Bez alkoholu. Miałam nauczkę. I już teraz wiem jak działa szatan. Daje, niby bezinteresownie, podstawia pod nos, mówi, że po tym poczujesz się lepiej. W istocie czujesz się lepiej, ale na chwilę, potem lądujesz w piekle i czujesz tylko ból w kościach. 

I tak oto spędziłam Sylwestra z wirusem. Cóż, niektórzy w 2016 roku łapali Pokemony, ja wirusy… 




_________________________

wtorek, 20 grudnia 2016

Problemy z procesorem BAHA®

Wpis z cyklu: opowiem Wam moją historię.... Miałam co prawda napisać o tym wcześniej na poprzednim blogu, ale... wiadomo... studia - wakacje - praca zawodowa - wakacje - wakacje i... ojej! koniec studiów. I teraz jest ten czas, w którym mogę się wszystkim oficjalnie przyznać do urodzenia w czepku. Tak, więc... Otóż... Zatem! 

Protezowanie osób niedosłyszących w oparciu o systemem BAHA, w pełni refundowane przez NFZ, trwa w Polsce od 2009 roku. Na czym polega cała ta zabawa i co to takiego? 
"System BAHA® (Bone Anchored Hearing Aid) to zestaw do protezowania niedosłuchów, uwzględniający przewodnictwo kostne. Jego ideą jest wykorzystanie implantów tytanowych mocowanych do kości skroniowych, przekazujących dźwięki w postaci drgań do ucha wewnętrznego. Wskazania obejmują pacjentów z niedosłuchami typu przewodnictwa, niedosłuchami mieszanymi – jednostronnymi lub obustronnymi, oraz osoby z głuchotą jednostronną. (...)"[1]
Jestem jedną z pierwszych pacjentów Kliniki Otolaryngologii na Gdańskim Uniwersytecie Medycznym, którzy zostali zaimplantowani systemem BAHA®. Moja implantacja odbyła się w marcu 2010 roku i polegała na wywierceniu dziury w czaszce (mała lekcja anatomii - tam gdzie jest kość skroniowa) oraz wkręceniu tytanowej śluby i wspornika, na który później doczepiać będzie się procesor dźwięku, który odwala całą robotę, czyli zbiera dźwięki, przetwarza i przesyła do ucha wewnętrznego. Po trzech miesiącach, gdy tytan ulegnie... uwaga, mądre słowo: osseointegracji, czyli stanie się częścią czaszki, następuje podłączenie procesora dźwięku, czy mowy - jak zwał, tak zwał - do śruby i odpowiednie nastawienie. Innymi słowy: gdy wszystko ładnie się zagoiło, czas więc przywieść, warty ok. 25 tysięcy, chodzący na bateryjki procesor, który zostanie przyczepiany do wspornika przykręconego do śruby, nastawiony do potrzeb i stopnia niedosłuchu pacjenta. Ta cześć systemu jest wymienna, działa podobnie jak aparat słuchowy, tylko jest zakotwiczony w kości z tyłu za uchem. Dobrze, wytłumaczyłam już o co chodzi z całym procesorem to teraz przejdę do meritum sprawy. 

W 2010 roku, gdy podejmowałam (bardzo zresztą trudną, dla mnie) decyzje o zaimplantowaniu mówiono mi, że impreza z systemem BAHA® jest refundowana przez NFZ, czyli zabieg, śruba i procesor całkowicie za "darmoszkę". Na moje pytanie: a co stanie się, jeśli procesor się zużyje? Uspokajano mnie, że po 5 latach następuję wymiana procesora, również pokrywana ze środków publicznych. No to okey, biorę i walczę dalej o słuch. Procesor dźwięku otrzymałam trzy miesiące po implantacji - w czerwcu 2010 roku. Żyłam z nim beztrosko i szczęśliwie do końca 2014 roku. Pomimo, że urządzenie już dawało mi stanowcze sygnały, że długo to sobie nie pociągnie. (Całej historii użytkowania tego procesora nie będę tu opisywać - może innym razem, o ile kogoś to w ogóle interesuje.) 

W styczniu 2015 roku dowiedziałam się, że nie otrzymam procesora wymiennego, ponieważ szpital nie dostał na to specjalnych funduszy. (I tu zaczął się mój mały osobisty dramacik, bo planów tyle, życie w pełni, a los pokazuje takiego wała, że nie wiedziałam początkowo co zrobić, a bez słuchu fatalne życie...) 
W czerwcu 2015 roku dowiedziałam się o ogólnopolskiej akcji w tej sprawie i petycji, którą podpisałam z marszu i prosiłam wszystkich, którzy tylko mieli ochotę poprzeć nas i podpisać się. Niestety, jak się później okazało, owa petycja niewiele dała. 
Napisałam na swoim profilu FB tak: 
''(...) i pozostali, którzy podpisali się w czerwcu pod petycją dot. wymiany procesorów BAHA® (http://www.petycje.pl/11381) , a z jakiś powodów system nie zapisał nazwiska. Bardzo serdecznie dziękuję za Wasz czas i dobre serduszka, ale nasze podpisy niewiele dały. Niżej publikuję fragment z magazynu użytkowników implantów słuchowych Cochlear News z kwietnia 2016 nr 8[2], w którym przedstawiono podsumowanie aktywności Stowarzyszenia Słyszeć bez granic w sprawie ustalenia jasnych procedur i zwiększenia środków pieniężnych na wymianę procesorów osób już zaimplantowanych. Jak wynika z zamieszczonego podsumowania sprawa dalej stoi w miejscu i długo jeszcze NFZ i Ministerstwo Zdrowia nie zechce znaleźć skutecznego rozwiązania, tak aby wilk był syty i owca cała. Dla ludzi zaimplantowanych (dorosłych i dzieci oraz ich rodziców) oznacza to kolejne miesiące niepewności i długie lata oczekiwania. (...)''
Niemniej jednak musiałam rozpocząć cały proceder wymiany i 30 września 2015 roku złożyłam podanie w klinice, gdzie byłam implantowana, wraz z analizą serwisową procesora, potwierdzającą zły stan urządzenia. (Obecnie są już nowe procedury ubiegania się o wymianę procesora z NFZ, opisane w najnowszym magazynie Cochlear News z sierpnia 2016 roku[3].) Nie pozostawało mi nic innego jak tylko czekać i martwić się co dalej. 

Tymczasem klinika prowadziła długie rozmowy z NFZ, by wyżebrać odpowiednią kwotę na procesory wymienne dla swoich zaimplantowanych pacjentów. Po ustaleniu jako takich procedur, zasad rozliczenia się kliniki z Funduszem, postanowiono, że w tym roku otrzyma tylko jeden pacjent z kliniki. Zadecydowano, że otrzymam go ja. Dowiedziałam się o tym od profesora J. Kuczkowskiego w kwietniu 2016 roku. W poniedziałek 16 maja br. dostałam telefon od doktora Przewoźnego z terminem odebrania procesora. 
20 maja 2016 r. zostałam przyjęta na oddział Kliniki Otolaryngologicznej GUM w CMI. 

Skrupulatnie opisałam to wydarzenie na profilu FB: 
"(...)Po wszystkich procedurach związanych z przyjęciem do szpitala, zeszłam do poradni audiologicznej gdzie czekał na mnie Inżynier kliniczny Tomasz Żakiewicz i pan dr hab. Tomasz Przewoźny. Tam dokonano podłączenia oraz pierwszego dopasowania. Wszystko przebiegło sprawnie i pomyślnie. Na koniec dostałam upragnione pudełeczko i zakończono część oficjalną.

Potem przeszliśmy do mniej oficjalnej, czyli sesji zdjęciowej, (...)Przyznam się Wam, że cały dzień czułam się jak Mojżesz, wybrana z pośród wybranych to mega fantastyczne uczucie...." 
Mi się poszczęściło i przez kolejne pięć lat mogę spać spokojnie, ale po za mną jest jeszcze kilka tysięcy pacjentów, czekających miesiącami i latami na nowy procesor. Sprawa nie jest jeszcze do końca wyjaśniona, ale Stowarzyszenie Słyszeć bez granic dzielnie walczy o zwiększenie środków na refundacje implantów słuchowych, w tym także systemów BAHA® z władzami państwowymi. 

I to byłoby na tyle mojej historii, kończącej się happy endem. To, dlaczego akurat ja dostałam ten procesor jest owiane tajemnicą i pewnie nie dowiem się o tym nigdy, albo dopiero po swojej śmierci, bo ponoć na Sądzie Ostatecznym wszystkiego się dowiemy. ;) 


 Tak mniej więcej wygląda procesor BAHA®