Dzisiaj będzie nieco poważniej niż zwykle.
Moja kariera "blogerki" zaczęła się jakoś tak pod koniec 2008 roku. Pierwszy blog? Tradycyjnie na onecie. Pierwszy nick? Słoneczko.... (Zmieniłam go później, kiedy Gimbaza zaczęła bawić się w słoneczko - jakoś tak było mi, po tej całej akcji, nieswojo...) Opisywałam na nim swoje przeżycia związane z chorobą i o tym jak szlag trafił mój słuch. Tęskniłam za koncertami symfonicznymi, na które chodziłam namiętnie w latach 2006-2008. Oooj... jak ja kochałam tę muzykę.... Między wierszami opisywałam też swoją wielką miłość. Doskonale pamiętam jak miał na imię. Jak wyglądał. Jak mówił. Jak się uśmiechał. Ale to wszystko się skończyło. I nadszedł nowy etap w życiu, a wraz z nim, nowy blog i nowy nick.
Drugi blog też na onecie. Nick był taki sam jak moje imiona, tyle że po angielsku. Na tym blogu leczyłam się z tej wielkiej miłości, ale i też cieszyłam z odzyskanego słuchu. Poznałam wówczas kilka fajnych osób z blogosfery, z niektórymi utrzymuję do dziś kontakt. Potem Onet zaczął się psuć i przeniosłam się na Bloxa.
Założyłam nowy blog z innym nickiem. Był to, również, nowy rozdział w życiu - studia. Poza tym była też miła, aczkolwiek bardzo krótka, przygoda z pilotami z PL LOT. Nieco dłuższą historią, którą opisywałam na łamach swojego pamiętnikowego bloga, była znajomość z doktorem - rezydentem, poznanym w klinice, gdzie pracowałam kilka miesięcy, zaraz po praktykach w archiwum medycznym. No wielka miłość toto nie była, znajomość też nietrwała długo. Do dziś jeszcze kolega doktor nie otrzymał ode mnie aktu łaski. A to znaczy u Wilmy tyle, że w każdej chwili może się ona bezwzględnie odegrać.
Dość krótko leczyłam się z doktora, na innym już blogu z nickiem, którego używam do dziś. Jednakże nie mogłam sobie na nim popisać zbyt dużo, ponieważ zachorowałam boleśnie i okrutnie i nie miałam siły na pisanie.
Kiedy wyzdrowiałam, odkryłam bloggera i będąc już mądrzejsza, bardziej zdystansowana do życia, zaczęłam pisać na Mów mi Wilma! Radość z pisania i robienia sobie jaj, skończyła się wraz z przyjściem męki pańskiej pt. pisanie pracy licencjackiej. A potem to już przyszła miłość do tamborka i igły. Czasu na pisanie czegokolwiek brakowało, podobnie jak i ochoty. Historię o tym jak mi się go przez przypadek usunęło - znacie.
Z powyższego opisu wynika, iż posiadałam w swej karierze "blogerki" 5 blogów - pamiętników. Każdy z nich to kawałek mnie i mojej historii, z którą postanowiłam podzielić się z całym światem. Zachowując jednak te najbardziej osobiste przeżycia dla siebie. Nigdy też nie rozpisywałam się o członkach swojej rodziny, przyjaciołach, znajomych, o ich odczuciach, życiu, historii, o rodzinnych wydarzeniach itp. Wspominałam tylko o nich i o tych zdarzeniach, które bezpośrednio dotyczyły mnie. I zamierzam się tego trzymać. Dlaczego?
Ostatnio pochodziłam po blogosferze i weszłam na pewien blog, w którym jakaś pani opisywała obecną sytuacje z życia swojej przyjaciółki. Miała ona męża maminsynka i płakała po nocach, bo jej małżeństwo okazało się wielkim nieszczęściem. Poczytałam komentarze i przeraziłam się. Ludzie wieszali koty na mężu tej nieszczęśliwej kobiety. Obrażali go, jego matkę i siostrę. Jednak mnie poruszyło zupełnie coś innego. Mianowicie, jak to jest, że ludzie na podstawie kilku akapitów, swoją drogą, napisanych przez kogoś, kto nie uszanował prywatnego życia swojej przyjaciółki, z taką łatwością oceniają czyjeś decyzje, zachowania, nie znając głębszej przyczyny, prawdziwej historii. Są wielce oburzeni zachowaniem "mężusia" tamtej, wołają o sprawiedliwość do Boga, nie czyniąc żadnej refleksji, że pierw należałoby objechać autorkę bloga, za brak dyskrecji z jej strony. Przyznam, że czułabym się podle, gdybym dowiedziała się, że osoba, której zaufałam poszła z tym wszystkim na internety i o mojej osobistej tragedii czyta teraz masa obcych ludzi. Owszem, było tam bez nazwisk, ale nie oszukujmy się, prędzej czy później ktoś ze znajomych lub rodziny tej kobiety, i co gorsza, jej męża, trafią na ten blog po linkach z fejsbuka czy najzwyczajniej pocztą pantoflową, pokojarzą fakty, osoby... no i mamy jeszcze większe nieszczęście gotowe. Czasy anonimowości w sieci dawno skończyły się. I to, co się raz napisze, nigdy z internetu nie zniknie, a zaszkodzić może bardzo...
Nie daję, więc sobie prawa na to, aby ograbiać swoich bliskich, przyjaciół czy odgrywających jakąś większą rolę w moim życiu ludzi, z ich życia prywatnego. Dbam o ich dobre imię i pamięć, cokolwiek mi złego zrobili. Szanuję ich. Nie chcę skrzywdzić. Dlatego wolę pisać głównie o sobie. Bezpiecznej...
Piszę ten blog dla siebie, traktując to pisanie jako zabawę, odskocznie, swego rodzaju oczyszczenie, czy też zwykłą przyjemność. A przy okazji pozwalam czytać i komentować go innym. Niektórych znam osobiście, innych dopiero poznaję, co daje mi jeszcze większą frajdę, niż prowadzenie własnego bloga. Nie zapraszam specjalnie do czytania u siebie, ani też nie zależy mi na ilości komentarzy. Choć nie ukrywam, jest mi bardzo miło kiedy ktoś przyjdzie, poczyta i podzieli się ze mną swoją myślą, historią, wypowie swoje zdanie, rozbawi mnie, pośmieje się wraz ze mną i resztą czytaczy. Jeśli robi to w jakiś ogólnie przyjęty i przyzwoity sposób. Bardzo jestem wdzięczna tym, którzy czasem nie mając nic sensownego do powiedzenia, zwyczajnie milczą. Szanują moją prywatność, moją wolność, moją inność i moje zasady.
Dla tych jednak co próbują mi tu na siłę wprowadzać swoje zasady, mogę jedynie powiedzieć: to mój jest ten kawałek podłogi. I nie muszę tu tłumaczyć się z tego, co usuwam, a co nie. I lepiej jest, gdy nie przekracza się moich granic, bo można tego gorzko pożałować.
I tym optymistycznym akcentem kończę, życząc stałym czytelnikom wszystkiego dobrego na calusieńki nowy tydzień.


