Gdyby ktoś się pytał...
To Wilma żyje. Nawet nie choruje, wygląda dobrze, czasem gdy ma nieco lepszy dzień i dyżur w pracy to wygląda jak milion dolarów. Tak, dyżur. Nie wiem czy Państwo wiedzą, ale Wilma zmieniła miejsce pracy. Z małego powiatowego miasta, na wojewódzkie. Z małej miejskiej przychodni, na szpital. Taki duży. Ogromny! Z prawdziwego zdarzenia! I oczywiście siedzi w nim tam, w podziemiach. Tak, pracuje nadal w zawodzie. Dostała awans, sypnęli jej kasą i ładnie poprosili o zostanie na dłużej niż li tylko trzy miechy. W miniony czwartek podpisała drugi pakt o nieagresji z szpitalem.
Wilma zgodziła się. Przecież kocha tą pracę.
I teraz ma dyżury. Nie takie dwudziestoczterogodzinne jak lekarze i pielęgniarki, na szczęście nie, ale w czasie dyżuru wychodzi do pacjentów, przyjmuje wnioski, udostępnia dokumentację, odbiera telefony, biega do dyrektorów, jest miła, uśmiecha się i ładnie wygląda. Nie, nie nosi tam fartuszka. Jest z działu administracji, poważana, szanowana... Pracownicy administracji nie mogą nosić medycznych ubranek w tutejszym szpitalu. Dzięki temu może nosić szpilki. I co z tego, że zdejmuje je gdy idzie do regałów, ułożyć bądź wyciągnąć historie. Czasem wychodzi na powierzchnie. Pokazać swą, zwiewną urodę doktorom, informatykom i lekarzom rezydentom. Ogólnie jest zadowolona. I niech tak zostanie przez najbliższy rok. Amen.
I to tyle na dziś, u Wilmy.