O blogu

Poniższe opowiadania oparte zostały na prawdziwych wydarzeniach z życia autorki. Bohaterowie drugiego planu, fabuła oraz dialogi są nieco zmodyfikowane.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moje wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moje wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 marca 2017

Wilma o sobie [#3] - Jak (nie) zostanę naukowcem

Przyjmowanie się do nowej pracy, wiąże się z badaniami lekarskimi i uzyskaniem odpowiedniego zaświadczenia lekarskiego. Niestety i ja musiałam się o takowe postarać, więc poszłam była na badania. 

Punktualnie o godzinie 9:10 przybyłam do Centrum Medycyny Pracy w swoim mieście powiatowym i grzecznie poczekałam na swoją kolej przy "punkcie pobrań". Spodziewałabym się pierwej wybuchu III wojny światowej i ataku terrorystycznego, aniżeli spotkania na poczekalni swojego starego i sprawdzonego lekarza z gminnego ośrodka opieki zdrowotnej. Początkowo nie dowierzałam swym oczom, w końcu minusowa wada wzroku z astygmatyzmem, mogą zrobić w konia człowieka, nawet z najlepiej dobranymi szkłami optycznymi, przez najlepszego specjalistę w województwie. Nie byłam pewna, więc udawałam, że go nie widzę. Na szczęście szybko przyszła na mnie kolej i poszłam odwalić całą procedurę badań lekarskich. 

Starego znajomego Doktora spotkałam ponownie przy gabinecie lekarza medycyny pracy. Doktor od razu zagadał i użył przy tym największego kalibru, strzelając we mnie pytaniem o treści: 

- No i jak tam Wilmo, jest już habilitacja?!

Czasu na pozbieranie się, po usłyszeniu (tak bez żadnego wstępu, odpowiedniego zagajenia, przygotowania mnie na tak mocny strzał i to znienacka) owego pytania, miałam niewiele. [A trzeba wiedzieć, iż w ostatnim czasie to bardzo niewygodne pytanie dla Wilmy.] Uśmiechnęłam się i nie ukrywając zaskoczenia, zgodnie z prawdą odpowiedziałam: 

- Panie! Ja mam problem z magisterką, a Pan mi tu z habilitacją gitarę zawraca....
- Oj tam, przesadzasz. Dlaczego?
Z rozbrajającą szczerością odrzekłam: 
- A bo mi się nie chcę! 
- A to już jest lenistwo, Wilmo.... 
- Tak! Nazwijmy rzeczy po imieniu: to jest prawdziwe lenistwo. Nie chce mi się już bawić w studentkę - za stara jestem. Do tego moje studia specjalistyczne są aż w Toruniu, za daleko... i też już mi się nie chce tak dojeżdżać. 
- A nie chcesz się tam przeprowadzić? To bardzo ładne miasto. 
- Nie. Wolę jednak te swoje Kaszuby, a w najgorszym wypadku Trójmiasto, Panie Doktorze. 
Zostałam wezwana do gabinetu. Po wyjściu i szykowaniu się do opuszczenia poczekalni, Doktor czekając na swoją kolej rzucił mi na pożegnanie: 
- No to czekam na tą habilitację Wilmo! Na razie! 
"Co oni się tak wszyscy na mnie uwzięli??!!" - pomyślałam wychodząc z budynku CMP.

Pamiętam gdy broniłam swojej pracy licencjackiej, na koniec po ogłoszeniu wyników dyrektor instytutu powiedział, że mam iść na magisterkę i to KONIECZNIE! Pozostali panowie z komisji również mnie do tego namawiali, różnie to argumentując. Trochę dziwiła mnie postawa promotora, bo doskonale mnie znał i wiedział, że można mi mówić, zachęcać, prosić... ale ja i tak zrobię co będę chciała. A to, że chodzę własnymi drogami to też już wie, jak również i to, że w tę drogę lepiej mi nie wchodzić. Podczas gdy dyrektorowi chodziło o kolejnego studenta, bo im więcej studentów tym lepiej, bo za każdym studentem idą pieniądze itp. to promotor wiedział, że na poważnie odchodzę z gdańskiej uczelni i idę do Torunia, z wiadomych względów. [Toruń to taka "Mekka" Archiwistów]. Ale jakim cudem zachęcał mnie do tego recenzent, żywiąc nieskrywaną nadzieję, że będę kontynuować rozpoczęte badania na magisterce? Oj... węszę w tym jakiś podstęp! Ale tak na poważnie. Nie otworzyłam sobie kolejnego problemu badawczego w zakończeniu swojej pracy licencjackiej i przez to, chyba jasno, akcentowałam, że pójdę inną drogą niż dotychczas. Jaką? A tego oprócz mnie i Pana Boga nie wie nikt. Taka dociekliwa jestem i chciałbym wiedzieć o co Szanownej Komisji tak naprawdę chodziło... Jednak tego już się nie dowiem, więc zajmę się sobą. 

Jeśli o mnie chodzi to ostatecznej decyzji co do magisterki jeszcze nie podjęłam. Mam na to sporo czasu. Do września jeszcze daleko. Niemniej jednak mam mieszane uczucia. Tytuł magistra mają teraz wszyscy. Dają każdemu, kto tylko przyniesie do dziekanatu pracę dyplomową, nieważne czy napisał ją samodzielnie, czy ktoś, za "drobną" opłatą. Takich leszczy mam w swojej własnej rodzinie. Z resztą pisanie prac dyplomowych na zlecenie to temat rzeka, który w tym momencie jest najmniej istotny. Aby pracować w zawodzie i być szeregowym pracownikiem tytuł magistra nie jest mi potrzebny. Inna sprawa, gdy na poważnie bierze się pod uwagę jednocześnie pracę zawodową i naukową. Bawić się w naukowca, fajna rzecz, ale to jednak ciężki kawałek chleba.... Nie wiem czy dobry będzie dla mnie. 

Obserwowałam na studiach ten naukowy światek. Jejuuuu... jacy oni są tam (prawie) wszyscy poważni.... Nie wiem czy pasowałabym do tego środowiska. Lubię sobie często, jak nie zawsze, pośmieszkować, a o swoich cynicznych i ironicznych uwagach nie wspomnę. Pisanie poważnych tekstów naukowych to dla mnie męka pańska... I zawsze dziwi mnie fakt, gdy dostaję pozytywne opinie dot. moich prac. Albo te osoby kłamią, bo nie chcą robić mi przykrości, albo mówią prawdę. Jeśli to pierwsze to okey. Mogę sobie zrobić magistra dla tzw. większego wynagrodzenia i tyle. A jeśli to drugie? To gorsza dla mnie sprawa, ponieważ to jednak świadczy o tym, że jakieś tam predyspozycje do wykonywania zawodu naukowca mam i byłoby grzechem tak olać to z powodu lenistwa. I cóż zatem począć....? Jaką drogę obrać....? Jak żyć...? Jak żyć...? Panie Donaldzie, absolwencie mojego wydziału, jak żyć...?


sobota, 4 marca 2017

Wilma i jej refleksje [#2] - Archiwista "klauzurowy"?

Było dość ciepło jak na luty. Padało. Wczesnym rankiem wsiadłam do samochodu i wraz z moim kierowcą pojechałam do Trójmiasta. Musiałam zdążyć na 9:00. Punktualnie o dziewiątej zaczynała się rozmowa, nie mogłam się spóźnić. Na szczęście ominęliśmy korki i zdążyłam. Weszłam do starego budynku archiwum. Przypomniało mi się jak byłam tam ostatni raz, jeszcze jako studentka. Pamiętam... To był czas, kiedy zbierałam materiały do pracy dyplomowej. Zmagałam się wówczas z bolesną chorobą. Było mi trudno wysiedzieć w pracowni, pochylając się nad stertą starych, pożółkłych dokumentów z poprzedniego wieku i fotografując niektóre. Ciekawe dlaczego przypominają mi się akurat te ostatnie wizyty w pracowni naukowej, gdy byłam tam wcześniej kilka razy, by odrobić zadania domowe na ćwiczenia. Może dlatego, że w zwojach mojej pamięci zapisał się ten niemiłosierny ból?  

Wiedziałam gdzie są toalety, gdzie sekretariat, choć po remoncie trochę się tam pozmieniało. Usiadłam i cierpliwie czekałam. Na sąsiedniej kanapie siedziały dwie młode dziewczyny. Bardzo zestresowane. Widać było, że to dla nich jedna z pierwszych rozmów o pracę. Nie wiedziałam czy są po studiach, czy dopiero studiują. Nigdy nie widziałam ich u siebie na wydziale. W każdym razie okazało się, że były świeżo po liceum... 

Siedziałam spokojna. Uśmiechałam się sama do siebie, przypominając sobie jak kiedyś zaczynałam swoje poszukiwanie pracy po maturze. Nie miałam ani doświadczenia, ani wyuczonego zawodu. Było w tedy dość ciężko o jakąkolwiek pracę i brało się to co aktualnie oferował urząd pracy. Ale dziś jest inaczej. Mam wyuczony zawód i doświadczenie zawodowe. I w końcu... Łaskawie postarałam się o dyplom. 

Poproszono pierwszą osobę z listy (razem było nas czterech). Panie obok dalej rozprawiały jak nakręcone, a ja na chwilę wyłączyłam się i zaczęłam zastanawiać się: co ja tutaj właściwie robię? Wysłałam list motywacyjny i wszystkie dokumenty w zasadzie dla hecy. Chciałam zobaczyć czy kogokolwiek zainteresuje moje CV. Właściwie to miałam już zaklepaną pracę. Kwestia tylko podpisania odpowiedniej umowy, dogadanie się z kierownikiem co do czasu i konkretnych godzin i zabranie się do pracy. Tłumaczyłam sobie, że jeśli dostanę tu pół etatu to drugie pół spędzę tam i nie będę musiała specjalnie jeździć do Trójmiasta na kilka godzin w tygodniu. Ale to nieprawda. Wcale nie miałam ochoty pracować w tym archiwum. Niby to fajnie wygląda w CV: praca młodszego archiwisty w służbie cywilnej. [Łał... łał! Wilmo, ale mierzysz wysoko!] Lecz to tylko mydlenie sobie samej oczu. Tak naprawdę to siedzę i czekam tylko po to, by zobaczyć jak wyglądają rozmowy kwalifikacyjne z prawdziwego zdarzenia w poważnych instytucjach państwowych. Mało takich w życiu doświadczyłam. Dlaczego nie przygotowywałam się do tej rozmowy merytorycznie? Nie chciałam wyjść na genialnie ogarniętą laskę, która wie więcej od rekrutujących. Wolałam przyjść na totalnym lajcie i zrobić przynajmniej miłe wrażenie sympatycznej, chętnej do pomocy dziewczyny, nie aspirującej na wyższe stanowiska. 

Z tego wewnętrznego monologu, prowadzonego dla zabicia czasu, wyrwała mnie wychodząca z magazynów pracownica, która podeszła do młodych dziewcząt i przywitała się z jedną z nich. Uspokoiła ją, że nie ma się co martwić, wszystko będzie dobrze i nie trzeba się tak stresować. Przysiadła do dziewczyn i zaczęła rozmawiać. W pięć sekund wydedukowałam, że obie kobiety się znają i w zasadzie to już wiadomo kto wygra konkurs na to stanowisko. 
Uśmiechnęłam się do siebie. To było do przewidzenia, robiłam za 'sztuczny tłum'. Ale! Zaraz, zaraz!!! Co ty kobieto odstawiasz?!! - pomyślałam o nowoprzybyłej. Ty!? Pani archiwistko, jako pracownik tutejszej instytucji decydujesz się na taką niedyskrecję? Kobieto, czyś ty powariowała? - krzyczałam sobie tak w myślach, ale nadeszła moja kolej i musiałam wejść do sali. 

Gdy wracałam z rozmowy do domu, odebrałam telefon od pani rekrutującej z informacją, iż zajęłam drugie miejsce w konkursie. Ponoć wypadłam świetnie. Pani prosiła abym śledziła portal nabory służby cywilnej i jeśli pojawi się kolejna oferta pracy w tym archiwum, aplikowała. Prosiła o to bardzo.... Miło było słyszeć takie komplementy. Zastanawiałam się, jakim cudem znalazłam się na tym II miejscu... Przecież popełniłam masę błędów. Najwidoczniej panie z komisji rekrutacyjnej nie dały nabrać się na mój "brak" merytorycznej wiedzy. Swoją drogą, to były też świetne babki. 

Jednak wciąż pozostawałam w ciężkim szoku - po ujrzeniu zachowania owej pracownicy. Gdzie, do jasnej cholery, zapodziała się jej urzędowa dyskrecja! Czy u archiwisty nie powinna być to zasada nr 1 i obowiązywać w każdym obszarze życia? Nie dziwi mnie fakt, że kobieta jawnie pokazała nam kto wygra konkurs, bo takie rzeczy zdarzają się bardzo często i wszędzie. Uderzył mnie natomiast przejaw braku profesjonalizmu z jej strony. Od czasu pierwszych zajęć z archiwistyki uważałam, że pracując w tym zawodzie powinno się świecić przykładem dyskrecji. Tego nas z resztą uczył jeden z profesorów z zakładu archiwistyki. Brak dyskrecji i niepoważne podejście do pracy w archiwum na praktykach studentów z UG było, swego czasu, powodem zerwania dobrych stosunków gdańskiego IPNu z uczelnią. W konsekwencji, studenci archiwistyki nie mogli podjąć praktyk zawodowych w tej instytucji. A tu proszę! Kogo zatem przyjmują do tej pracy? I dlaczego pozostali pracownicy nie zwrócili jej uwagi przechodząc obok? Czy jest na to ogólne przyzwolenie pozostałych archiwistów? Jeśli tak, to ja z chęcią oddam swój dyplom i nie podejmę pracy w żadnym archiwum. Nie godzę się na coś podobnego. Najwyraźniej za bardzo poważnie traktuję swój zawód, albo urodziłam się za późno i nie nadaję się na te dzisiejsze czasy...
   


sobota, 4 lutego 2017

Wilma o sobie [#2] - Jak zostałam egoistyczną blogerkĄ

Dzisiaj będzie nieco poważniej niż zwykle. 

Moja kariera "blogerki" zaczęła się jakoś tak pod koniec 2008 roku. Pierwszy blog? Tradycyjnie na onecie. Pierwszy nick? Słoneczko.... (Zmieniłam go później, kiedy Gimbaza zaczęła bawić się w słoneczko - jakoś tak było mi, po tej całej akcji, nieswojo...) Opisywałam na nim swoje przeżycia związane z chorobą i o tym jak szlag trafił mój słuch. Tęskniłam za koncertami symfonicznymi, na które chodziłam namiętnie w latach 2006-2008. Oooj... jak ja kochałam tę muzykę.... Między wierszami opisywałam też swoją wielką miłość. Doskonale pamiętam jak miał na imię. Jak wyglądał. Jak mówił. Jak się uśmiechał. Ale to wszystko się skończyło. I nadszedł nowy etap w życiu, a wraz z nim, nowy blog i nowy nick. 

Drugi blog też na onecie. Nick był taki sam jak moje imiona, tyle że po angielsku. Na tym blogu leczyłam się z tej wielkiej miłości, ale i też cieszyłam z odzyskanego słuchu. Poznałam wówczas kilka fajnych osób z blogosfery, z niektórymi utrzymuję do dziś kontakt. Potem Onet zaczął się psuć i przeniosłam się na Bloxa

Założyłam nowy blog z innym nickiem. Był to, również, nowy rozdział w życiu - studia. Poza tym była też miła, aczkolwiek bardzo krótka, przygoda z pilotami z PL LOT. Nieco dłuższą historią, którą opisywałam na łamach swojego pamiętnikowego bloga, była znajomość z doktorem - rezydentem, poznanym w klinice, gdzie pracowałam kilka miesięcy, zaraz po praktykach w archiwum medycznym. No wielka miłość toto nie była, znajomość też nietrwała długo. Do dziś jeszcze kolega doktor nie otrzymał ode mnie aktu łaski. A to znaczy u Wilmy tyle, że w każdej chwili może się ona bezwzględnie odegrać. 

Dość krótko leczyłam się z doktora, na innym już blogu z nickiem, którego używam do dziś. Jednakże nie mogłam sobie na nim popisać zbyt dużo, ponieważ zachorowałam boleśnie i okrutnie i nie miałam siły na pisanie.  

Kiedy wyzdrowiałam, odkryłam bloggera i będąc już mądrzejsza, bardziej zdystansowana do życia, zaczęłam pisać na Mów mi Wilma!  Radość z pisania i robienia sobie jaj, skończyła się wraz z przyjściem męki pańskiej pt. pisanie pracy licencjackiej. A potem to już przyszła miłość do tamborka i igły. Czasu na pisanie czegokolwiek brakowało, podobnie jak i ochoty. Historię o tym jak mi się go przez przypadek usunęło - znacie. 

Z powyższego opisu wynika, iż posiadałam w swej karierze "blogerki" 5 blogów - pamiętników. Każdy z nich to kawałek mnie i mojej historii, z którą postanowiłam podzielić się z całym światem. Zachowując jednak te najbardziej osobiste przeżycia dla siebie. Nigdy też nie rozpisywałam się o członkach swojej rodziny, przyjaciołach, znajomych, o ich odczuciach, życiu, historii, o rodzinnych wydarzeniach itp. Wspominałam tylko o nich i o tych zdarzeniach, które bezpośrednio dotyczyły mnie. I zamierzam się tego trzymać. Dlaczego? 

Ostatnio pochodziłam po blogosferze i weszłam na pewien blog, w którym jakaś pani opisywała obecną sytuacje z życia swojej przyjaciółki. Miała ona męża maminsynka i płakała po nocach, bo jej małżeństwo okazało się wielkim nieszczęściem. Poczytałam komentarze i przeraziłam się. Ludzie wieszali koty na mężu tej nieszczęśliwej kobiety. Obrażali go, jego matkę i siostrę. Jednak mnie poruszyło zupełnie coś innego. Mianowicie, jak to jest, że ludzie na podstawie kilku akapitów, swoją drogą, napisanych przez kogoś, kto nie uszanował prywatnego życia swojej przyjaciółki, z taką łatwością oceniają czyjeś decyzje, zachowania, nie znając głębszej przyczyny, prawdziwej historii. Są wielce oburzeni zachowaniem "mężusia" tamtej, wołają o sprawiedliwość do Boga, nie czyniąc żadnej refleksji, że pierw należałoby objechać autorkę bloga, za brak dyskrecji z jej strony. Przyznam, że czułabym się podle, gdybym dowiedziała się, że osoba, której zaufałam poszła z tym wszystkim na internety i o mojej osobistej tragedii czyta teraz masa obcych ludzi. Owszem, było tam bez nazwisk, ale nie oszukujmy się, prędzej czy później ktoś ze znajomych lub rodziny tej kobiety, i co gorsza, jej męża, trafią na ten blog po linkach z fejsbuka czy najzwyczajniej pocztą pantoflową, pokojarzą fakty, osoby... no i mamy jeszcze większe nieszczęście gotowe. Czasy anonimowości w sieci dawno skończyły się. I to, co się raz napisze, nigdy z internetu nie zniknie, a zaszkodzić może bardzo... 
Nie daję, więc sobie prawa na to, aby ograbiać swoich bliskich, przyjaciół czy odgrywających jakąś większą rolę w moim życiu ludzi, z ich życia prywatnego. Dbam o ich dobre imię i pamięć, cokolwiek mi złego zrobili. Szanuję ich. Nie chcę skrzywdzić. Dlatego wolę pisać głównie o sobie. Bezpiecznej...

Piszę ten blog dla siebie, traktując to pisanie jako zabawę, odskocznie, swego rodzaju oczyszczenie, czy też zwykłą przyjemność. A przy okazji pozwalam czytać i komentować go innym. Niektórych znam osobiście, innych dopiero poznaję, co daje mi jeszcze większą frajdę, niż prowadzenie własnego bloga. Nie zapraszam specjalnie do czytania u siebie, ani też nie zależy mi na ilości komentarzy. Choć nie ukrywam, jest mi bardzo miło kiedy ktoś przyjdzie, poczyta i podzieli się ze mną swoją myślą, historią, wypowie swoje zdanie, rozbawi mnie, pośmieje się wraz ze mną i resztą czytaczy. Jeśli robi to w jakiś ogólnie przyjęty i przyzwoity sposób. Bardzo jestem wdzięczna tym, którzy czasem nie mając nic sensownego do powiedzenia, zwyczajnie milczą. Szanują moją prywatność, moją wolność, moją inność i moje zasady.  

Dla tych jednak co próbują mi tu na siłę wprowadzać swoje zasady, mogę jedynie powiedzieć: to mój jest ten kawałek podłogi. I nie muszę tu tłumaczyć się z tego, co usuwam, a co nie. I lepiej jest, gdy nie przekracza się moich granic, bo można tego gorzko pożałować. 
I tym optymistycznym akcentem kończę, życząc stałym czytelnikom wszystkiego dobrego na calusieńki nowy tydzień. 




sobota, 21 stycznia 2017

Wima i jej refleksje [#1] - Final destination by Wilma

Koniec świata! Po stu latach studiowania, po pięćdziesięciu latach oczekiwania Wilma dostała dyplom ukończenia studiów pierwszego stopnia. Nieeee.... Majowie nie mogli tego przewidzieć. A jednak! Stało się, Wilma ma oficjalnie wykształcenie wyższe z tytułem (śmiesznego) licencjata. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie dwie rzeczy. Jakie? Idźmy dalej i dowiedzmy się razem. 

To jak Wilma trafiła na studia i dlaczego akurat na historię ze specjalnością archiwistyka to dłuższa opowieść, dostępna dla zainteresowanych bliższym poznaniem Wilmy. No bo przecież w pisaniu bloga wcale nie o to chodzi, aby tak wszystko o sobie i co ma się w głowie, ewentualnie w sercu, od razu wyłożyć jak na patelni i nie pozwolić odkrywać siebie po trochu, po cichu, po wielkiemu cichu i po kawałeczku cienia. Prawda? W każdym razie, Wilma poszła na studia i początkowo nie chciała studiować tego co studiowała. Miała wówczas taki tajny, szatański plan. "Pójdę sobie na historię, rok postudiuję i potem czmychnę na pielęgniarstwo albo analitykę medyczną." - pomyślała. 

Jednak coś nie dawało jej spokoju. Tym czymś było uporczywe pytanie, wygenerowane w mózgu Wilmy, które pojawiło się już pierwszego dnia po ślubowaniu na inauguracji roku akademickiego na Wydziale Historycznym łUGie i nie dawało jej spokoju: 
Co ja robię na tym wydziale i kierunku?  
Wilma czuła, że chyba nie jest to miejsce, w którym powinna była się znaleźć. Często też słyszała od swoich koleżanek, poznanych na wydziałowym korytarzu i w aulach, że kompletnie nie pasuje do tego miejsca i środowiska. Różnie to argumentowały, a to, że styl bycia Wilmy im nie pasował, a to jej osobowość i zainteresowanie medycyną, a zwłaszcza, dość niespotykane u współczesnych studentów, zaangażowanie i pasja z jaką Wilma oddawała się pisaniu prac semestralnych. Znalazł się też jeden łoś, który stwierdził, że kobiety nie powinny studiować historii, ponieważ zwyczajnie się do tego nie nadają. Cóż... niektórzy chyba zatrzymali się w pewnej epoce i nie dostali jeszcze porządnie w zęby od zagorzałej feministki.  

Sama Wilma zastanawiała się po co tu jest i jak to się stało, że się tu znalazła, choć przez 5 lat od ukończenia liceum robiła dosłownie wszystko, aby tylko nie iść na historię. Pracowała, chodziła na jakieś śmieszne studium policealne, próbowała dostać się na inne kierunki, omijając szerokim łukiem historię. Normalnie jak filmie Oszukać przeznaczenie. Kombinowała, kombinowała, aż w końcu los, czy też Opaczność Boska - zależy kto w co wierzy lub nie wierzy - tak omotała Wilmę, że ani się nie obejrzała, a tu myk... myk... cyk... i oto jest studentką historii. Nawet nie pofatygowała się pójść na spotkanie organizacyjne i sympatyczna pani z dziekanatu przypisała ją sama na specjalizacje. 

Wilma więc, nie kiwnęła palcem, a ktoś inny zadecydował za nią i tak znalazła się na archiwistyce. Akurat to spodobało się Wilmie. Na tej specjalizacji nie było przedmiotów politologicznych. N a  t e j  specjalizacji nie musiała odbywać praktyk w szkole. N a  t e j specjalizacji było więcej l u z u. A przecież Wilma nie myślała zagrzewać sobie miejsca... 

I tak mijały dni i miesiące roku pierwszego na studiach. Różnie bywało. Były emocjonujące, niezapomniane przeżycia z profesorem od starożytności, były długie, nudne wieczory z wielkimi tomiskami i setkami kserokopii z BUGu. Było pasjonujące i namiętne pisanie pierwszej pracy semestralnej, w której Wilma mogła połączyć swoje zainteresowanie medycyną z historią, coby się profesor z ćwiczeń nie czepiał. I właśnie to ostatnie miało decydujący wpływ na jedną z dwóch decyzji Wilmy w sprawie podjętych przez nią studiów. Połączenie medycyny z historią dawało może nie 100% ale 90% satysfakcji i wystarczająco pobudzało ją do działania, dzięki czemu przestała umierać z nudów na tych studiach. Postanowiła poczekać z analityką medyczną.    
Została.  
A potem.... A potem poznała swoją drugą miłość. Ale o tym, za jakiś czas.