O blogu

Poniższe opowiadania oparte zostały na prawdziwych wydarzeniach z życia autorki. Bohaterowie drugiego planu, fabuła oraz dialogi są nieco zmodyfikowane.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 kwietnia 2020

Dwunastego maja

Wilma po usłyszeniu w słuchawce krótkiego "tak", miłym i aksamitnym głosem rozpoczęła rozmowę: Dzień dobry, (...) czy rozmawiam z panem Andrzejem Kowalskim.
Pacjent: Dzień dobry, tak to ja. Aaaa właśnie, ja miałem odebrać od was dokumentację, jest już gotowa? 
Wilma: Tak. Dzwonię aby poinf....
Pacjent: To ja będę 12 stego to odbiorę... - przerywa. 
Wilma: Proszę pana, ze względu na pandemię nie może pan osobiście odebrać zamówionych dokumentów, ponieważ jest bezwzględny zakaz wchodzenia na teren szpitala.... 
Pacjent: Ale ja 12stego mam wizytę w poradni to ja tam do was podejdę... - znów przerywa. 
Wilma: Panie Andrzeju, niestety nie będzie mógł pan osobiście odebrać dokumentów....
Pacjent: A to ta wizyta się nie odbędzie? Bo ja miałem właśnie do was dzwonić i się zapytać, czy będzie czy jest odwołana?- wciąż nie pozwala jej dokończyć zdania. 
Wilma: Niestety nie posiadam wiedzy czy pańska wizyta odbędzie się czy zostanie przesunięta, chciałam natomiast poinformować, że ze względu na zakaz przebywania pacjentów w naszej placówce pana dokumentacja zosta... 
Pacjent: Ale jak ja mam wizytę w poradni to przecież mogę przy okazji tam do was wejść i ją odebrać, nie?
(Tłumaczę ci głąbie, że nie możesz i daj mi skończyć!! - pomyślała już nieco zirytowana Wilma.
Wilma: P r o s z ę   p a n a, nie może pan absolutnie do nas przychodzić, ze względu na ryzyko zakażania wirusem. Dlatego pańską dokumentację prześlemy pocztą. - dodała pospiesznie.
(Uuufff udało się... najważniejsze co miałam to zakomunikowałam -  i ucieszyła się w duchu.)
Pacjent: A to jak ja mam zapłacić? Aaaaa!! To jak ja będę w maju 12stego to ja w tedy zapłacę i z rachunkiem przyjdę do pani, to nie trzeba tej dokumentacji wysyłać. 
(Boshhhhh, trzymajcie mnie wszyscy święci i święte boże....) przewróciła oczami i weszła na drugi poziom swojej irytacji. 
Wilma: P a n i e   A n d r z e j u, dokumentacja jest dla Pana bezpłatna, bo występuje pan w tym zakresie po raz pierwszy, prawda? 
Pacjent: Tak. 
(O! Chyba zaczynamy łapać te same fale).
Wilma: To związku z tym, prześlemy panu dokumenty beż żadnych dodatkowych opłat. 
Pacjent: O! Fajnie. Czyli nie muszę do was przychodzić? A ta wizyta odbędzie się? 
Wilma: Przykro mi ale nie mam na ten temat wiedzy. Mogę jedynie powiedzieć, że na kilka dni przed planowaną wizytą, ktoś z przychodni oddzwoni i poinformuje czy ma pan przyjechać, czy też wizyta zostanie przesunięta. 
Pacjent: Aha, dobrze. Ale jakby pani nie udało się wysłać do tego 12stego to ja przyjdę i odbiorę!  
(Tak przyjdź, poliż jeszcze klamki i na pamiątkę z wizyty w budynku szpitala zakaźnego dostaniesz Covid -19, tak w gratisie! Skoro mało ci jeszcze chorób - skomentowała w myślach i tym samym dała upust rosnącej irytacji.  
Wilma: P  r   o  s   z   ę     P  a  n   a... - odezwała się najspokojniej jak tylko potrafiła -  pod żadnym pozorem nie wolno panu tutaj przychodzić. Jest duże ryzyko zakażania i w trosce o bezpieczeństwo oraz zdrowie pacjentów, dokumentację przesyłamy drogą pocztową. Do 12stego przesyłka powinna dotrzeć. 
Pacjent: Aha, to super. To się w sumie nie spieszy, bo ja komisję będę miał dopiero za dwa miesiące. 

Wilma:

piątek, 24 kwietnia 2020

Wilma o sobie [#4] - (Była) Miłość w czasach zarazy


Liczyłam wówczas 26 wiosen, gdy do mojego ówczesnego królestwa wtargnęła salowa i siłą zaprowadziła pod drzwi pokoju rezydentów. Zapukała wyręczając mnie w tej czynności, szepnęła mi jego imię i zostawiła samą jak palec przed drzwiami. Zdecydowanie nie miałam jeszcze ani ochoty, ani odwagi poprosić o konsultację jakiegokolwiek lekarza, ale sprawy działy się tak szybko, że zanim zdążyłam zaprotestować stałam już w otwartych drzwiach i pytałam który to on. Spojrzało na mnie kilka par oczu, a odezwał się blondyn w okularach. Przestraszona całą tą nową dla siebie sytuacją, poprosiłam go aby wyszedł na korytarz i zapytałam czy zgodzi się na krótką rozmowę w sprawie mojej pracy zaliczeniowej. Zgodził się...
I tak poznałam swoją Miłość z Czasów Studiów.


niedziela, 24 września 2017

Wieści z mrowiska 2

Prawdopodobnie są tu jeszcze jakieś osoby, które tęsknią za Wilmą. To dobrze, bo zawsze jest miło wracać do miejsca, gdzie ktoś czeka. 

20 września minęło dokładnie pół roku odkąd (po czterech miesiącach po ukończeniu studiów) zaczęła pracować w swoim zawodzie archiwisty. Po skończeniu pięciomiesięcznego stażu zawodowego, w mieście gdzie ponad 30 lat temu przyszła na świat, postanowiła pozostać i nadal bawić się w profesjonalne prowadzenie archiwum medycznego mieszącego się w samym centrum miasta. Z dala od wielkiego świata naukowców GUMedu i UG. [Można w tym momencie zazdrościć, gdyż do przystanku ma zaledwie 3 minuty.] Jak dotąd nie znudziło się jej siedzieć przy sztucznym świetle w magazynach archiwum, selekcjonować i układać w porządku chronologiczno-rzeczowym dokumentacji z okresu ponad trzydziestu lat. Do tej pory udało się jej zarchiwizować i zabezpieczyć 64.73 m.b. dokumentacji medycznej. 6 razy tyle czeka na nowe miejsce, półki i zewidencjonowanie. 

Poza pracą, a zwłaszcza w czasie podróży z i do pracy, czyta sobie książki o swojej ulubionej epoce historycznej. W chwilach wolnych wyszywa i spotyka się ze znajomymi. [Co można uznać za początki końca świata, gdyż wyciągnąć Wilmę z domu graniczy z cudem.] Czasu na blogowanie jak zwykle nie wiele, ale jeden post raz w miesiącu można uznać za regularne blogowanie, prawda? 

I na koniec. Wilma swego czasu obiecała pewnemu koledze z blogowiska, że pokaże mu jak wygląda w pracy. I dziś nastąpił ten moment, gdzie tu na blogu pokazała się w swym medyczno-archiwistycznym wdzianku.

sobota, 4 marca 2017

Wilma i jej refleksje [#2] - Archiwista "klauzurowy"?

Było dość ciepło jak na luty. Padało. Wczesnym rankiem wsiadłam do samochodu i wraz z moim kierowcą pojechałam do Trójmiasta. Musiałam zdążyć na 9:00. Punktualnie o dziewiątej zaczynała się rozmowa, nie mogłam się spóźnić. Na szczęście ominęliśmy korki i zdążyłam. Weszłam do starego budynku archiwum. Przypomniało mi się jak byłam tam ostatni raz, jeszcze jako studentka. Pamiętam... To był czas, kiedy zbierałam materiały do pracy dyplomowej. Zmagałam się wówczas z bolesną chorobą. Było mi trudno wysiedzieć w pracowni, pochylając się nad stertą starych, pożółkłych dokumentów z poprzedniego wieku i fotografując niektóre. Ciekawe dlaczego przypominają mi się akurat te ostatnie wizyty w pracowni naukowej, gdy byłam tam wcześniej kilka razy, by odrobić zadania domowe na ćwiczenia. Może dlatego, że w zwojach mojej pamięci zapisał się ten niemiłosierny ból?  

Wiedziałam gdzie są toalety, gdzie sekretariat, choć po remoncie trochę się tam pozmieniało. Usiadłam i cierpliwie czekałam. Na sąsiedniej kanapie siedziały dwie młode dziewczyny. Bardzo zestresowane. Widać było, że to dla nich jedna z pierwszych rozmów o pracę. Nie wiedziałam czy są po studiach, czy dopiero studiują. Nigdy nie widziałam ich u siebie na wydziale. W każdym razie okazało się, że były świeżo po liceum... 

Siedziałam spokojna. Uśmiechałam się sama do siebie, przypominając sobie jak kiedyś zaczynałam swoje poszukiwanie pracy po maturze. Nie miałam ani doświadczenia, ani wyuczonego zawodu. Było w tedy dość ciężko o jakąkolwiek pracę i brało się to co aktualnie oferował urząd pracy. Ale dziś jest inaczej. Mam wyuczony zawód i doświadczenie zawodowe. I w końcu... Łaskawie postarałam się o dyplom. 

Poproszono pierwszą osobę z listy (razem było nas czterech). Panie obok dalej rozprawiały jak nakręcone, a ja na chwilę wyłączyłam się i zaczęłam zastanawiać się: co ja tutaj właściwie robię? Wysłałam list motywacyjny i wszystkie dokumenty w zasadzie dla hecy. Chciałam zobaczyć czy kogokolwiek zainteresuje moje CV. Właściwie to miałam już zaklepaną pracę. Kwestia tylko podpisania odpowiedniej umowy, dogadanie się z kierownikiem co do czasu i konkretnych godzin i zabranie się do pracy. Tłumaczyłam sobie, że jeśli dostanę tu pół etatu to drugie pół spędzę tam i nie będę musiała specjalnie jeździć do Trójmiasta na kilka godzin w tygodniu. Ale to nieprawda. Wcale nie miałam ochoty pracować w tym archiwum. Niby to fajnie wygląda w CV: praca młodszego archiwisty w służbie cywilnej. [Łał... łał! Wilmo, ale mierzysz wysoko!] Lecz to tylko mydlenie sobie samej oczu. Tak naprawdę to siedzę i czekam tylko po to, by zobaczyć jak wyglądają rozmowy kwalifikacyjne z prawdziwego zdarzenia w poważnych instytucjach państwowych. Mało takich w życiu doświadczyłam. Dlaczego nie przygotowywałam się do tej rozmowy merytorycznie? Nie chciałam wyjść na genialnie ogarniętą laskę, która wie więcej od rekrutujących. Wolałam przyjść na totalnym lajcie i zrobić przynajmniej miłe wrażenie sympatycznej, chętnej do pomocy dziewczyny, nie aspirującej na wyższe stanowiska. 

Z tego wewnętrznego monologu, prowadzonego dla zabicia czasu, wyrwała mnie wychodząca z magazynów pracownica, która podeszła do młodych dziewcząt i przywitała się z jedną z nich. Uspokoiła ją, że nie ma się co martwić, wszystko będzie dobrze i nie trzeba się tak stresować. Przysiadła do dziewczyn i zaczęła rozmawiać. W pięć sekund wydedukowałam, że obie kobiety się znają i w zasadzie to już wiadomo kto wygra konkurs na to stanowisko. 
Uśmiechnęłam się do siebie. To było do przewidzenia, robiłam za 'sztuczny tłum'. Ale! Zaraz, zaraz!!! Co ty kobieto odstawiasz?!! - pomyślałam o nowoprzybyłej. Ty!? Pani archiwistko, jako pracownik tutejszej instytucji decydujesz się na taką niedyskrecję? Kobieto, czyś ty powariowała? - krzyczałam sobie tak w myślach, ale nadeszła moja kolej i musiałam wejść do sali. 

Gdy wracałam z rozmowy do domu, odebrałam telefon od pani rekrutującej z informacją, iż zajęłam drugie miejsce w konkursie. Ponoć wypadłam świetnie. Pani prosiła abym śledziła portal nabory służby cywilnej i jeśli pojawi się kolejna oferta pracy w tym archiwum, aplikowała. Prosiła o to bardzo.... Miło było słyszeć takie komplementy. Zastanawiałam się, jakim cudem znalazłam się na tym II miejscu... Przecież popełniłam masę błędów. Najwidoczniej panie z komisji rekrutacyjnej nie dały nabrać się na mój "brak" merytorycznej wiedzy. Swoją drogą, to były też świetne babki. 

Jednak wciąż pozostawałam w ciężkim szoku - po ujrzeniu zachowania owej pracownicy. Gdzie, do jasnej cholery, zapodziała się jej urzędowa dyskrecja! Czy u archiwisty nie powinna być to zasada nr 1 i obowiązywać w każdym obszarze życia? Nie dziwi mnie fakt, że kobieta jawnie pokazała nam kto wygra konkurs, bo takie rzeczy zdarzają się bardzo często i wszędzie. Uderzył mnie natomiast przejaw braku profesjonalizmu z jej strony. Od czasu pierwszych zajęć z archiwistyki uważałam, że pracując w tym zawodzie powinno się świecić przykładem dyskrecji. Tego nas z resztą uczył jeden z profesorów z zakładu archiwistyki. Brak dyskrecji i niepoważne podejście do pracy w archiwum na praktykach studentów z UG było, swego czasu, powodem zerwania dobrych stosunków gdańskiego IPNu z uczelnią. W konsekwencji, studenci archiwistyki nie mogli podjąć praktyk zawodowych w tej instytucji. A tu proszę! Kogo zatem przyjmują do tej pracy? I dlaczego pozostali pracownicy nie zwrócili jej uwagi przechodząc obok? Czy jest na to ogólne przyzwolenie pozostałych archiwistów? Jeśli tak, to ja z chęcią oddam swój dyplom i nie podejmę pracy w żadnym archiwum. Nie godzę się na coś podobnego. Najwyraźniej za bardzo poważnie traktuję swój zawód, albo urodziłam się za późno i nie nadaję się na te dzisiejsze czasy...