O blogu

Poniższe opowiadania oparte zostały na prawdziwych wydarzeniach z życia autorki. Bohaterowie drugiego planu, fabuła oraz dialogi są nieco zmodyfikowane.

sobota, 25 lutego 2017

Brak usprawiedliwienia


Pozostanie chyba tradycją, że w ostatnią sobotę miesiąca u Wilmy pojawia się tekst typu: o wszystkim i o niczym

Tak, tak Wilma znów nie podołała. Nie napisała i nie opublikuje dzisiaj sensownego tekstu. I w sumie to ma teraz problem, ponieważ Pani Nivejka powiedziała jej miesiąc temu, że ma jeszcze jedno nieprzygotowanie do wykorzystania. A do końca roku daleko i jak tu teraz usprawiedliwić się przed szanownymi czytelnikami, nie tracąc cennego nieprzygotowania? Są dwa wyjścia. 
Pierwszy: zwolnienie lekarskie. Jednak w ostatnim tygodniu, jak na złość, Wilmie nic nie dolegało, pozostaje więc symulowanie wyimaginowanej choroby. Ale wówczas trzeba byłoby pomyśleć, jaką by tu poważną jednostkę chorobową wymyślić i dorobić do niej odpowiedni scenariusz i reżyserię. W grze aktorskiej Wilma jest akurat dobra, w końcu jak wiadomo, chciała kiedyś zostać absolwentką szkoły filmowej. Niestety czasu na rozmyślanie za bardzo nie miała. Sprawy zawodowe były ważniejsze. A poza tym, znana jest ze swojej autentyczności, więc tak udawać i oszukiwać swoich zaprzyjaźnionych blogerów to tak... nie uchodzi, nie uchodzi....
Drugi: pójście na wagary. Ale tu znowu niewypał. Dzień Wagarowicza dopiero w marcu, a w tym roku przypada, jak na złość, w dzień poprzedni, a nie w weekend.  

Związku z powyższym Wilma nie ma na dziś stosownego usprawiedliwienia. Ale coś tu trzeba Wam napisać i wstawić ładną fotografię, którą zwykle widzicie, ale żadne z Was nie pochwali Wilmy za talent fotograficzny. [Proszę się tu zaraz, szybciutko poprawić i pozostawić jakiś komplement. Tu na dole w komentarzach. Dziękuję!] 

Zwyczajem miesiąca poprzedniego, zamiast Wilmy piszecie Wy. A zatem, co ciekawego u Was słuchać? Jak tam zdrowie dopisuje? Jak spędzacie ostatnią sobotę karnawału? Jakie macie plany na najbliższy tydzień? Co Was trapi, a co wzrusza? Jaką książkę przeczytaliście i chcecie polecieć Wilmie? Jaki film oglądaliście i nie chcecie nikomu polecić, bo zwyczajnie wstydzicie się, że go oglądaliście? I tradycyjnie. Nie musicie pisać prawdy. 

To miłego tygodnia Wam życzę. Żonatych Panów pozdrawiam, Panie ściskam i całuję. 



sobota, 18 lutego 2017

E-Mail doświadczonego diabła do początkującego diabła [#1]


Od: Kusiciel Starszy <satanusolavius@inferno.pl> 
Do: Kusiciel Młodszy <satanusxavierus@inferno.pl> 
Data: 30 stycznia 2017 00:05

Mój drogi przyjacielu Kusicielu, 

słyszałem, że dostałeś awans i od wczoraj jesteś Młodszym Kusicielem. Spieszę z gratulacjami, aczkolwiek wieść, kto został Tobie przydzielony, na tzw. zły początek, ogromnie mnie zaniepokoiła. 
Słyszałem już co nieco o Twojej - nazwijmy ją - Podopiecznej. Miała już chyba ze trzech Kuszących. Ostatni... - niech go szlag! - został odsunięty od zadania (sprowadzenia ją tutaj, do Naszego Piekielnego Królestwa)i wywalony z roboty, po tym jak, jakimś dziwnym trafem, dostały się w jej ręce listy naszego starego kolegi Jadowitego Węża, podprowadzone i upublicznione przez tego.... Tak! tego amerykańskiego apologetę katolickiego, pajaca przeklętego! 

Nie, nie, samo czytanie tych listów jeszcze nic złego nie znaczy, ale wyobraź sobie, że coś się jej w głowie pokiełbasiło i zamiast brać z tych listów odpowiedni, czytaj: zadowalający nas, przykład, to pognała do spowiedzi! A potem jeszcze została na tej.... och!!!!! Nie może mi to przejść przez gardło! W każdym razie wiesz o co mi chodzi(tłumaczyli Ci to zapewne na szkoleniu) to taka uczta, w której Syn naszego Nieprzyjaciela oddaje się tym małym, naiwnym, ludzkim robakom, przez co oni będąc w tej śmiesznej łasce, karmią swą duszę Jego ciałem i krwią oraz Jego słowem, a my potem musimy się sporo napracować, aby tą łaskę im zabrać i oddalić od naszego Nieprzyjaciela
Twój poprzednik robił co mógł aby ją od tej spowiedzi odwieść, kusząc ją jej ulubionymi zajęciami, byle tylko nie polazła do tego czerwonoceglanego, trzynastowiecznego budynku, gdzie tuż przy wejściu, stoją te straszne, sprowadzające na nas niewypowiedziane katusze, narzędzia kościoła katolickiego służące do oczyszczenia ludzkiej duszy. Niestety jej wola była silniejsza od perswazji Twojego poprzednika. A już tak dobrze mu szło.... Kilka miesięcy nie zaglądała do tych drewnianych, okratowanych, kościelnych mebelków.     

Co się z Twoim poprzednikiem stało, chyba nie muszę Ci pisać?!Jego krzyki wydobywające się z wrzącego kotła nr 666666 docierają, aż tu, do mojego gabinetu. W każdym razie, Ty również możesz podzielić jego los, jeśli nie dokonasz wszelkich starań, aby ponownie ją odwieść od naszego Nieprzyjaciela

Ona już wie, że On istnieje. Niestety była już raz po drugiej stronie (za światełkiem w tunelu) lecz Nieprzyjaciel postanowił dać jej szanse i puścił z powrotem na ten ziemski padół. Z jednej strony zrobił nam wielką przysługę, z drugiej, kto Go tam wie, jaki ma wobec niej zamiar. Ona generalnie też nie wie, ale coś zaczyna chyba jarzyć i Twoje zadanie jest m.in takie, aby obczaić co konkretnie ma w tym życiu zrobić, no i chyba nie muszę Ci powtarzać - słyszałeś to wielokrotnie na szkoleniu - skutecznie odwieść ją od spełnienia woli naszego Nieprzyjaciela

sobota, 11 lutego 2017

Wilma haftuje [#2] - Pracowity styczeń i Zenek w kadrze

U początku roku 2017 Wilma została zmuszona do pracy. Gdyby była to praca tylko nad swoim wyglądem byłoby pół biedy, ale to była praca nad zaawansowanym lenistwem! Ci, którzy wiedzą jak wygląda walka z tym grzechem, mają zapewne świadomość, iż nie jest to łatwe zadanie.... Dla Wilmy okazało się straszną męką.... Niedokończone hafty czekały, a wraz z nimi koleżanki, które otrzymać je chciały. 

 ❖ ❖ ❖ ❖ ❖ ❖ 

W styczniu pierwszym ukończonym i dopiętym na ostatni guzik projektem były dwie ręcznie haftowane poszewki z imionami nowożeńców. Wedle skrupulatnych obliczeń, projekt ten kosztował ok. 89 godzin pracy i 95,5 metrów muliny. Efekt? Proszę bardzo:




Miś Zenek bardzo chciał być sfotografowany, więc Wilma zaangażowała go, po znajomości, do sesji zdjęciowej. 



Proces twórczy poszewek - przy okazji próby sklecenia pierwszego filmiku na YouTube [wersja amator]: 







Między kończeniem jednego projektu a rozpoczęciem drugiego, Wilma przypomniała sobie, że 21 i 22 stycznia przypada Dzień Babci i Dziadka. Postanowiła na trzy dni zapomnieć o swojej egoistycznej naturze oraz egocentryzmie Samozwańczej Arytystki from Kaszuby i zrobić dla swoich kochanych dziadków kartkę ręcznie haftowaną, którą wysłała pocztą, ponieważ dziadków po tzw. mieczu ma daleko.... Mniej więcej tak wyglądał, Proszę Państwa, proces twórczy trwający 11 godzin i minut 20


sobota, 4 lutego 2017

Wilma o sobie [#2] - Jak zostałam egoistyczną blogerkĄ

Dzisiaj będzie nieco poważniej niż zwykle. 

Moja kariera "blogerki" zaczęła się jakoś tak pod koniec 2008 roku. Pierwszy blog? Tradycyjnie na onecie. Pierwszy nick? Słoneczko.... (Zmieniłam go później, kiedy Gimbaza zaczęła bawić się w słoneczko - jakoś tak było mi, po tej całej akcji, nieswojo...) Opisywałam na nim swoje przeżycia związane z chorobą i o tym jak szlag trafił mój słuch. Tęskniłam za koncertami symfonicznymi, na które chodziłam namiętnie w latach 2006-2008. Oooj... jak ja kochałam tę muzykę.... Między wierszami opisywałam też swoją wielką miłość. Doskonale pamiętam jak miał na imię. Jak wyglądał. Jak mówił. Jak się uśmiechał. Ale to wszystko się skończyło. I nadszedł nowy etap w życiu, a wraz z nim, nowy blog i nowy nick. 

Drugi blog też na onecie. Nick był taki sam jak moje imiona, tyle że po angielsku. Na tym blogu leczyłam się z tej wielkiej miłości, ale i też cieszyłam z odzyskanego słuchu. Poznałam wówczas kilka fajnych osób z blogosfery, z niektórymi utrzymuję do dziś kontakt. Potem Onet zaczął się psuć i przeniosłam się na Bloxa

Założyłam nowy blog z innym nickiem. Był to, również, nowy rozdział w życiu - studia. Poza tym była też miła, aczkolwiek bardzo krótka, przygoda z pilotami z PL LOT. Nieco dłuższą historią, którą opisywałam na łamach swojego pamiętnikowego bloga, była znajomość z doktorem - rezydentem, poznanym w klinice, gdzie pracowałam kilka miesięcy, zaraz po praktykach w archiwum medycznym. No wielka miłość toto nie była, znajomość też nietrwała długo. Do dziś jeszcze kolega doktor nie otrzymał ode mnie aktu łaski. A to znaczy u Wilmy tyle, że w każdej chwili może się ona bezwzględnie odegrać. 

Dość krótko leczyłam się z doktora, na innym już blogu z nickiem, którego używam do dziś. Jednakże nie mogłam sobie na nim popisać zbyt dużo, ponieważ zachorowałam boleśnie i okrutnie i nie miałam siły na pisanie.  

Kiedy wyzdrowiałam, odkryłam bloggera i będąc już mądrzejsza, bardziej zdystansowana do życia, zaczęłam pisać na Mów mi Wilma!  Radość z pisania i robienia sobie jaj, skończyła się wraz z przyjściem męki pańskiej pt. pisanie pracy licencjackiej. A potem to już przyszła miłość do tamborka i igły. Czasu na pisanie czegokolwiek brakowało, podobnie jak i ochoty. Historię o tym jak mi się go przez przypadek usunęło - znacie. 

Z powyższego opisu wynika, iż posiadałam w swej karierze "blogerki" 5 blogów - pamiętników. Każdy z nich to kawałek mnie i mojej historii, z którą postanowiłam podzielić się z całym światem. Zachowując jednak te najbardziej osobiste przeżycia dla siebie. Nigdy też nie rozpisywałam się o członkach swojej rodziny, przyjaciołach, znajomych, o ich odczuciach, życiu, historii, o rodzinnych wydarzeniach itp. Wspominałam tylko o nich i o tych zdarzeniach, które bezpośrednio dotyczyły mnie. I zamierzam się tego trzymać. Dlaczego? 

Ostatnio pochodziłam po blogosferze i weszłam na pewien blog, w którym jakaś pani opisywała obecną sytuacje z życia swojej przyjaciółki. Miała ona męża maminsynka i płakała po nocach, bo jej małżeństwo okazało się wielkim nieszczęściem. Poczytałam komentarze i przeraziłam się. Ludzie wieszali koty na mężu tej nieszczęśliwej kobiety. Obrażali go, jego matkę i siostrę. Jednak mnie poruszyło zupełnie coś innego. Mianowicie, jak to jest, że ludzie na podstawie kilku akapitów, swoją drogą, napisanych przez kogoś, kto nie uszanował prywatnego życia swojej przyjaciółki, z taką łatwością oceniają czyjeś decyzje, zachowania, nie znając głębszej przyczyny, prawdziwej historii. Są wielce oburzeni zachowaniem "mężusia" tamtej, wołają o sprawiedliwość do Boga, nie czyniąc żadnej refleksji, że pierw należałoby objechać autorkę bloga, za brak dyskrecji z jej strony. Przyznam, że czułabym się podle, gdybym dowiedziała się, że osoba, której zaufałam poszła z tym wszystkim na internety i o mojej osobistej tragedii czyta teraz masa obcych ludzi. Owszem, było tam bez nazwisk, ale nie oszukujmy się, prędzej czy później ktoś ze znajomych lub rodziny tej kobiety, i co gorsza, jej męża, trafią na ten blog po linkach z fejsbuka czy najzwyczajniej pocztą pantoflową, pokojarzą fakty, osoby... no i mamy jeszcze większe nieszczęście gotowe. Czasy anonimowości w sieci dawno skończyły się. I to, co się raz napisze, nigdy z internetu nie zniknie, a zaszkodzić może bardzo... 
Nie daję, więc sobie prawa na to, aby ograbiać swoich bliskich, przyjaciół czy odgrywających jakąś większą rolę w moim życiu ludzi, z ich życia prywatnego. Dbam o ich dobre imię i pamięć, cokolwiek mi złego zrobili. Szanuję ich. Nie chcę skrzywdzić. Dlatego wolę pisać głównie o sobie. Bezpiecznej...

Piszę ten blog dla siebie, traktując to pisanie jako zabawę, odskocznie, swego rodzaju oczyszczenie, czy też zwykłą przyjemność. A przy okazji pozwalam czytać i komentować go innym. Niektórych znam osobiście, innych dopiero poznaję, co daje mi jeszcze większą frajdę, niż prowadzenie własnego bloga. Nie zapraszam specjalnie do czytania u siebie, ani też nie zależy mi na ilości komentarzy. Choć nie ukrywam, jest mi bardzo miło kiedy ktoś przyjdzie, poczyta i podzieli się ze mną swoją myślą, historią, wypowie swoje zdanie, rozbawi mnie, pośmieje się wraz ze mną i resztą czytaczy. Jeśli robi to w jakiś ogólnie przyjęty i przyzwoity sposób. Bardzo jestem wdzięczna tym, którzy czasem nie mając nic sensownego do powiedzenia, zwyczajnie milczą. Szanują moją prywatność, moją wolność, moją inność i moje zasady.  

Dla tych jednak co próbują mi tu na siłę wprowadzać swoje zasady, mogę jedynie powiedzieć: to mój jest ten kawałek podłogi. I nie muszę tu tłumaczyć się z tego, co usuwam, a co nie. I lepiej jest, gdy nie przekracza się moich granic, bo można tego gorzko pożałować. 
I tym optymistycznym akcentem kończę, życząc stałym czytelnikom wszystkiego dobrego na calusieńki nowy tydzień.