O blogu

Poniższe opowiadania oparte zostały na prawdziwych wydarzeniach z życia autorki. Bohaterowie drugiego planu, fabuła oraz dialogi są nieco zmodyfikowane.

sobota, 4 lutego 2017

Wilma o sobie [#2] - Jak zostałam egoistyczną blogerkĄ

Dzisiaj będzie nieco poważniej niż zwykle. 

Moja kariera "blogerki" zaczęła się jakoś tak pod koniec 2008 roku. Pierwszy blog? Tradycyjnie na onecie. Pierwszy nick? Słoneczko.... (Zmieniłam go później, kiedy Gimbaza zaczęła bawić się w słoneczko - jakoś tak było mi, po tej całej akcji, nieswojo...) Opisywałam na nim swoje przeżycia związane z chorobą i o tym jak szlag trafił mój słuch. Tęskniłam za koncertami symfonicznymi, na które chodziłam namiętnie w latach 2006-2008. Oooj... jak ja kochałam tę muzykę.... Między wierszami opisywałam też swoją wielką miłość. Doskonale pamiętam jak miał na imię. Jak wyglądał. Jak mówił. Jak się uśmiechał. Ale to wszystko się skończyło. I nadszedł nowy etap w życiu, a wraz z nim, nowy blog i nowy nick. 

Drugi blog też na onecie. Nick był taki sam jak moje imiona, tyle że po angielsku. Na tym blogu leczyłam się z tej wielkiej miłości, ale i też cieszyłam z odzyskanego słuchu. Poznałam wówczas kilka fajnych osób z blogosfery, z niektórymi utrzymuję do dziś kontakt. Potem Onet zaczął się psuć i przeniosłam się na Bloxa

Założyłam nowy blog z innym nickiem. Był to, również, nowy rozdział w życiu - studia. Poza tym była też miła, aczkolwiek bardzo krótka, przygoda z pilotami z PL LOT. Nieco dłuższą historią, którą opisywałam na łamach swojego pamiętnikowego bloga, była znajomość z doktorem - rezydentem, poznanym w klinice, gdzie pracowałam kilka miesięcy, zaraz po praktykach w archiwum medycznym. No wielka miłość toto nie była, znajomość też nietrwała długo. Do dziś jeszcze kolega doktor nie otrzymał ode mnie aktu łaski. A to znaczy u Wilmy tyle, że w każdej chwili może się ona bezwzględnie odegrać. 

Dość krótko leczyłam się z doktora, na innym już blogu z nickiem, którego używam do dziś. Jednakże nie mogłam sobie na nim popisać zbyt dużo, ponieważ zachorowałam boleśnie i okrutnie i nie miałam siły na pisanie.  

Kiedy wyzdrowiałam, odkryłam bloggera i będąc już mądrzejsza, bardziej zdystansowana do życia, zaczęłam pisać na Mów mi Wilma!  Radość z pisania i robienia sobie jaj, skończyła się wraz z przyjściem męki pańskiej pt. pisanie pracy licencjackiej. A potem to już przyszła miłość do tamborka i igły. Czasu na pisanie czegokolwiek brakowało, podobnie jak i ochoty. Historię o tym jak mi się go przez przypadek usunęło - znacie. 

Z powyższego opisu wynika, iż posiadałam w swej karierze "blogerki" 5 blogów - pamiętników. Każdy z nich to kawałek mnie i mojej historii, z którą postanowiłam podzielić się z całym światem. Zachowując jednak te najbardziej osobiste przeżycia dla siebie. Nigdy też nie rozpisywałam się o członkach swojej rodziny, przyjaciołach, znajomych, o ich odczuciach, życiu, historii, o rodzinnych wydarzeniach itp. Wspominałam tylko o nich i o tych zdarzeniach, które bezpośrednio dotyczyły mnie. I zamierzam się tego trzymać. Dlaczego? 

Ostatnio pochodziłam po blogosferze i weszłam na pewien blog, w którym jakaś pani opisywała obecną sytuacje z życia swojej przyjaciółki. Miała ona męża maminsynka i płakała po nocach, bo jej małżeństwo okazało się wielkim nieszczęściem. Poczytałam komentarze i przeraziłam się. Ludzie wieszali koty na mężu tej nieszczęśliwej kobiety. Obrażali go, jego matkę i siostrę. Jednak mnie poruszyło zupełnie coś innego. Mianowicie, jak to jest, że ludzie na podstawie kilku akapitów, swoją drogą, napisanych przez kogoś, kto nie uszanował prywatnego życia swojej przyjaciółki, z taką łatwością oceniają czyjeś decyzje, zachowania, nie znając głębszej przyczyny, prawdziwej historii. Są wielce oburzeni zachowaniem "mężusia" tamtej, wołają o sprawiedliwość do Boga, nie czyniąc żadnej refleksji, że pierw należałoby objechać autorkę bloga, za brak dyskrecji z jej strony. Przyznam, że czułabym się podle, gdybym dowiedziała się, że osoba, której zaufałam poszła z tym wszystkim na internety i o mojej osobistej tragedii czyta teraz masa obcych ludzi. Owszem, było tam bez nazwisk, ale nie oszukujmy się, prędzej czy później ktoś ze znajomych lub rodziny tej kobiety, i co gorsza, jej męża, trafią na ten blog po linkach z fejsbuka czy najzwyczajniej pocztą pantoflową, pokojarzą fakty, osoby... no i mamy jeszcze większe nieszczęście gotowe. Czasy anonimowości w sieci dawno skończyły się. I to, co się raz napisze, nigdy z internetu nie zniknie, a zaszkodzić może bardzo... 
Nie daję, więc sobie prawa na to, aby ograbiać swoich bliskich, przyjaciół czy odgrywających jakąś większą rolę w moim życiu ludzi, z ich życia prywatnego. Dbam o ich dobre imię i pamięć, cokolwiek mi złego zrobili. Szanuję ich. Nie chcę skrzywdzić. Dlatego wolę pisać głównie o sobie. Bezpiecznej...

Piszę ten blog dla siebie, traktując to pisanie jako zabawę, odskocznie, swego rodzaju oczyszczenie, czy też zwykłą przyjemność. A przy okazji pozwalam czytać i komentować go innym. Niektórych znam osobiście, innych dopiero poznaję, co daje mi jeszcze większą frajdę, niż prowadzenie własnego bloga. Nie zapraszam specjalnie do czytania u siebie, ani też nie zależy mi na ilości komentarzy. Choć nie ukrywam, jest mi bardzo miło kiedy ktoś przyjdzie, poczyta i podzieli się ze mną swoją myślą, historią, wypowie swoje zdanie, rozbawi mnie, pośmieje się wraz ze mną i resztą czytaczy. Jeśli robi to w jakiś ogólnie przyjęty i przyzwoity sposób. Bardzo jestem wdzięczna tym, którzy czasem nie mając nic sensownego do powiedzenia, zwyczajnie milczą. Szanują moją prywatność, moją wolność, moją inność i moje zasady.  

Dla tych jednak co próbują mi tu na siłę wprowadzać swoje zasady, mogę jedynie powiedzieć: to mój jest ten kawałek podłogi. I nie muszę tu tłumaczyć się z tego, co usuwam, a co nie. I lepiej jest, gdy nie przekracza się moich granic, bo można tego gorzko pożałować. 
I tym optymistycznym akcentem kończę, życząc stałym czytelnikom wszystkiego dobrego na calusieńki nowy tydzień. 




58 komentarzy:

  1. Kariera imponująca;D Oraz mamy coś wspólnego. Też zaczynałam na Onecie. Nie zaglądałam na tego bloga kilka lat. Dzisiaj zajrzałam. Nadal istnieje! Nie skasowali?! Dziwne...
    W każdym razie Onet miał to do siebie, że wrzucał jakieś wybrane teksty na główną stronę i wtedy złazili się najprzeróżniejsi ludzie. Na blogerze jest o wiele spokojniej:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Onetowe blogi mi skasowali, zostawili tylko ten o historii sztuki.
      Bloxowe mam zastrzeżone. :)
      Tak... to było straszne miałam też takie doświadczenie, to było też jednym z podwód zmiany nazwy adresu i nicków. Ktoś polecił mój wpis o niedosłuchu i się zaczęło...
      Tutaj to można moderować komentarze. I to jest plus. Tam tylko można było wyłączyć komentowanie, albo usuwać - przynajmniej tak było za czasów kiedy blogowałam na Onecie. :)

      Usuń
    2. Średnio raz w tygodniu lądowałam na głównej. Przypadkowi ludzie, komentarze albo od czapy albo hejterskie. A najgorsze chyba czytanie bez zrozumienia. I ta bezgraniczna wiara, że wszystko o czym piszę to szczera prawda;D
      Nie mam pojęcia czy stare onetowskie blogi można moderować bo... zapomniałam zapamiętać hasło;D

      Usuń
    3. O Matko! Ja tylko raz i mi wystarczyło: nigdy więcej tłumów na blogu!
      Nivejko, w zasadzie zahaczyłaś o jedną kwestię, która mnie żywo interesuje. Owszem, sobie tu piszemy te blogaski, dzięki temu odreagujemy stresy z życia zawodowego, osobistego czy innego. Czasem piszemy poważnie, czasem mniej poważnie. Czasem coś wymyślamy na potrzeby chwili lub przykładu, czasem piszemy też prawdę. Bawimy się w socjologów, historyków, literatów, poetów, recenzentów itd. Było nie było poznajemy przy tej sposobności także innych blogerów, nawiązujemy relacje z nimi, bliższe znajomości. Tworzy się przy tej okazji specyficzna grupa wirtualno-społeczna. (Tak to sobie nazwałam). Wiadomo, że pisząc publicznie zawsze będziemy oceniani. Na podstawie tego co piszemy, ktoś buduje sobie o nas zdanie, swój obraz nas itd. (Wszystko tu zależy od doświadczenia i inteligencji naszego odbiorcy.) Mnie zastanawia też to, czy można sobie w takim przypadku pozwolić na nieszczerość, na pisanie nieprawdy o sobie i o tym co się pisze. O co mi chodzi. Pamiętam takie blogowe małżeństwo (bardzo popularne, pewnie też ich kojarzysz z sic! Onetu) on pisał bloga i ona (dwa różne) pisali na nich o swoim małżeństwie, ich miłości, historii ich znajomości i pewne wydarzenia z ich życia prywatnego i zawodowego. Wszystko generalnie grało, bo robili to w zabawny sposób, większość czytelników traktowała te wpisy z przymrużeniem oka. Nazbierali całą rzeszę czytaczy, pozawiązywali całkiem fajne znajomości, aż tu nagle Bęc! Rozeszli się i jak się potem okazało to co pisali niby na poważnie, ale z dystansem, okazało się picem na wodę. Okłamywali wszystkich, że dobrze im się wiedzie. Rzeczywistość była taka, że on ją notorycznie zdradzał, ona z tego powodu cierpiała itd. Pamiętam, że po tym całym wydarzeniu większość czuła się przez nich oszukana. Potem ci blogerzy, którzy jeszcze z zostali, stali się świadkami ich burzliwego rozwodu m.in. obrzucania się wzajemnie błotem na swoich blogach. To było bardzo niezręczne. Pamiętam to jak dziś. :D Teraz oboje ułożyli sobie życie, ale mi, przyznam, po tej całej akcji pozostał niesmak. I teraz pytanie, gdzie jest ta granica między pisaniem bloga na poważnie, a pisaniem bloga niepoważnie, oszukując przy tym innych w bardzo, moim zdaniem, nieprzyzwoity sposób? :)

      Usuń
    4. Dlatego też unikam opisywania rzeczywistości wprost. Wkładam historie w postaci, które stworzyłam. Albo w Kubusia Puchatka, którego jak wiadomo nie stworzyłam.
      Myli się ten kto myśli, że mnie zna bo czyta mojego bloga. Mój blog to nie pamiętnik. To po prostu przelewanie na wirtualny papier części emocji, wrażeń, myśli, jakiś żarcik, luźne wyczytane zdanie itp.

      Usuń
    5. Przyznam Niveko, że leczy mnie taki typ ludzia , który myśli, że jak czyta czyjegoś bloga to już zaraz ma 100% pewność, że zna tego kogoś. Poznać człowieka można tylko i wyłącznie osobiście. Patrzeć na jego mowę ciała, słuchać barwę i ton głosu. Patrząc mu w oczy, odczytywać jego emocje. A o spędzeniu ze sobą masy czasu, nie wspominając. :)

      Usuń
  2. Kto nie zaczynał na Onecie, niech pierwszy rzuci kamień! :D

    Masz imponujący dorobek blogowy - jak już się raz spróbuje blogowania, to później trudno przestać ;)

    Co do oceniania i komentowania życia innych ludzi, to powiem Ci, że mam teraz małą zagwozdkę... Bo niby nigdy nie pisałam żadnych szczegółów o swoich bliskich, przyjaciołach czy rodzinie, ale jak pewnie zauważyłaś, zdarza mi się krytykować postępowanie jakiś ludzi. To zawsze znajomi z dalszego planu, z którymi raczej nie mam już kontaktu. No i oczywiście dbam o to, by zmienić odpowiednią ilość szczegółów na ich temat. Czasami, aż mnie świerzbi aby coś takiego napisać, szczególnie jeśli ktoś zalazł mi za skórę... Moja wina, moja wina... :(

    Co do zasad społeczności i komentowania - polecam moderowanie. Mała ostra wymiana zdań może być oczyszczająca, ale jeśli ktoś nadużywa cierpliwości, łatwo wtedy utrzymać na blogu porządek. Jest jeszcze Disqus, który może na początku wydawać się czarną magią, ale w rezultacie pozwala zablokować nawet konkretne IP komputera. Na pewno jestem z niego bardziej zadowolona niż ze standardowych komentarzy bloggera.

    Wszystkiego dobrego w nowym tygodniu!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak. To prawda, jak tylko raz założysz bloga to na jednym nie skończysz. ;)

      Miałam i ja takie pokusy, szczególnie po tym jak mnie jeden profesor wyprowadził z równowagi… Napisałam, ale w swoim pamiętniczku, dostępnym tylko moim oczom. W ten sposób jakoś poradziłam sobie z tymi emocjami, nie zachowując się gorzej od niego. :D

      Ale przecież Ty poruszasz tematy socjologiczne na swoim blogu i robisz to w miarę przyzwoity sposób, a ludzi i ich lajf podajesz jako przykład, a nie sensacje XXI wieku. To chyba nie jest to samo co opisywanie czyjegoś życia i skazywanie go i jego bliskich na ocenę, pośmiewisko, obrzucanie mięsem itp. przez publikę blogową czy też fejsbukową.

      Myślałam nad tym moderowaniem komentarzy. Tylko jakoś tak, nie chcę mi się w to bawić. Trochę to czasu zabiera. Jednak, jeśli zacznie się trolling, taki z prawdziwego zdarzenia, wówczas będę nawet zmuszona dbać o tę stronę, z szacunku dla swoich czytelników.

      Podoba mi się możliwość blokowania IP, ale dobrze obcykani hejterzy zwykle zmieniają swoje IP. I wtedy to już jest raczej walka z wiatrakami. :(

      Usuń
    2. No niby tak, w sumie masz rację, nie kręcę telenoweli na blogu raczej...

      Z moderowaniem to wcale tak dużo czasu nie zajmuje. Sama instalacja Disqusa to tylko wklejenie ramki/gadżetu z kodem (nie trzeba grzebać w html strony), a później przez główną stronę Disqqusa przeglądasz kto, co i kiedy napisał, nawet możesz tam bezpośrednio odpowiadać, jakby na jednej stronie. Właśnie jestem po zablokowaniu dwóch adresów IP, czuję się wspaniale, haha :D
      Niemniej rozumiem, spokojnie, każdą - nawet blogową decyzję - trzeba przemyśleć i dostosować do swoich potrzeb, nic na siłę ;)

      Zmienne IP, to nie jest standard "w pakiecie" u większości dostawców internetów (się pracowało w IT, takie tam ;p). Zazwyczaj spotkasz je już tylko na specjalne życzenie klienta lub w starszych wersjach Neostrady. 90% użytkowników internetu nie ma zmiennego IP ;)

      Usuń
    3. Fakt, że piszesz dobrze i Twój blog jest interesujący świadczy o tym, że masz tam mnie. Jestem wybrednym czytelnikiem. ;)

      Szybka jesteś! Oj to muszę być tak grzeczna aby i mnie ten los nie spotkał. ;)
      Wolność... przede wszystkim wolność! ;D

      Mówisz? ;> A jeśli ktoś korzysta z kilku darmowych Wi-Fi? Natenprzykład siedzi na dworcu, siedzi w pendolino, siedzi w jakiejś kawiarni? :)

      Usuń
    4. Hah, dzięki :D

      Niestety, z kawiarniami i innymi takimi nic nie zrobimy, może lepiej założyć, że hejter najbardziej ludzie hejtować w domu :D

      Usuń
    5. Aniu,
      niestety świat świra jest bardziej skomplikowany niż myślimy. :D

      Usuń
    6. Literówka, wszystko zrozumiałe Kochana :*

      Usuń
  3. Oj ja też zaczynałam na onecie. Pamiętam jak po kłótni z mężem opisałam swoje rosterki na blogu. Impuls, chwila nieuwagi. Napisałam, że wiecznie się na mnie wyżywa, ale w sensie psychicznym. A kochany onet tak to obrócił, że wyszło iż mąż mnie katuje w domu! I wrzucił to jeszcze na stronę główną.
    To co się później działo... jakiś kosmos! Kobiety piszą, że mam go pogonić, że damski bokser... nigdy więcej nie wróciłam na onet i niegdy więcej nie pisałam nic osobistego o sobie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety... popełniamy błędy i jeszcze nie raz będziemy je popełniać. Dobrze, że wyciągnęłaś wnioski i nie chcesz więcej tego robić.

      Na onecie pisałam o swoich odczuciach związanych z doświadczeniem choroby i pamiętam jak jedna z blogerek zażyczyła sobie abym wreszcie napisała jak odbierają moje zmagania z chorobą moi rodzice, najbliżsi. Coś jej odpisałam na to w komentarzu, już nie pamiętam co, ale nie podjęłam tematu w osobnym wpisie. Chciałam zachować to dla siebie, bo wiedziałam, że zaraz zlecą się sępy, które będą oceniać nie tyle mnie co moją rodzinę a tą chornię ilę mogę. :)

      Usuń
  4. najsam(w)przód Ania [PKNDL] ma ode mnie śnieżką... tak w ramach kamieniowania, tyle że śnieżka bez bambula, bez żelastwa, ani innego wkładu... może być i najsam(w)tył - liczę się z kobiecymi gustami... bo nigdy nie zaczynałem od oneta jako bloger prowadzący... toż to syf!... raz tylko kiedyś otrzymałem w zaufaniu "klucze" /login plus hasło/ do cudzego bloga, popełniłem ze dwa, trzy posty w ramach pewnej kooperacji, ale to się nie liczy, bo nie był to początek i ten onet już się zresztą wtedy jakoś tam przepoczwarzył... niemniej jednak - nadal syf...
    ...
    teraz do meritum... pytanie brzmi, o czym rozmawiamy... o blogin' classic?... czyli pamiętniczek do publicznej wiadomości... tak?... choć generalnie blogin' classic mnie nie grzeje, ale znam ewentualne problemy z tym związane... po prostu chodzi o prozaiczną ochronę danych: swoich i osób, o których piszemy...
    zwłaszcza tych osób, tak?... bo cała reszta jest nieistotna... choćby trolling i hejting na blogowym forum... wkurzające zjawisko, ale z tym trzeba sobie jakoś radzić... a zresztą... co Ty wiesz o takim hardcore'owym trollingu i hejtingu?... no, i sumie może to dobrze, że nie wiesz...
    pozdrawiać jzns :)...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. errata - wyjaśnienie: chodziło o klucze do bloga na platformie onetowskiej...

      Usuń
    2. Otrzepuję płaszcz z tej śnieżki :)))

      Kurczę, nie pamiętam, żeby te 12/14 lat temu (jakoś tak zaczynałam blogowanie) była jakaś sensowna polska platforma do blogowania oprócz Onetu? Blox był chyba potem, ale mogę się mylić... Był tumblr chyba, ale ja wtedy po angielskiemu no enttiendo seniorita.

      Usuń
    3. Piotrze,
      pamiętam Cię z komentarzy na onetowym blogu Bruneta. :P Ale ja już w tedy nie byłam na syfie onetowym tylko na bloxie. Co do erraty: domyśliłam się o co kaman, spokojnie... :)

      No właśnie nie wiem nic o hardcorowym trollingu i hejtingu, gdyż takowego nie doświadczyłam jeszcze na własnej skórze, ale widziałam na innych blogach.

      "no, i sumie może to dobrze, że nie wiesz..." - zważywszy na fakt, iż jestem z natury wrażliwą dziewoją to faktycznie, dobrze że nie wiem i żyję mi się lepiej bez tej wiedzy. :)

      Pozdrawiam :)

      Usuń
    4. zaraz, zaraz... nie mylmy aktywnego blogowania /prowadzenie bloga/ z komentowaniem... na onetowskich komentowałem i komentuję do tej pory, pasuje mi tam system drzewka wątków... pamiętam też zabawy z przechytrzaniem robota cenzorskiego, który odwalał komentarze z "dirty words" i nie tylko... to "nie tylko" potrafiło czasem doprowadzić do szału...
      a co do własnego blogowania, to zacząłem w 2006 i było już wtedy kilka platform... wybrałem Blogspota, ale jak pamiętam, kierowałem się raczej intuicją, bo na pewno nie sprawdzałem dokładnie, jak działają poszczególne edytory na innych... no, i tak zostało do tej pory, przetrwałem nawet okresy, gdy system Blogspot-a dostawał okresu i mu odbijało...
      aha... był kiedyś moment, gdy korcił mnie Pinger, ale zabrakło czasu, wtedy zresztą miałem dwa swoje blogi i współprowadziłem dwa inne... ale nie dało rady, real wygrał i przeszedłem w końcu na minimalizm, czyli jednego bloga...
      pozdrawiać obie Panie :)...

      Usuń
    5. suplement... nie chcę się wcinać w cudze wątki, więc napiszę o tym na "swoim"... sprawa IP...
      otóż IP komentującego wcale nie jest IP sprzętu komentującego... mechanizm z grubsza, niefachowo /tyle w sumie wystarczy/ wygląda tak, że jest to IP pewnego "węzła" w necie, najczęściej jest to serwer providera...
      dygresja:
      wiele lat temu miałem kiedyś różnicę zdań z pewną blogerką... sprawa eksplodowała i rozwaliła nasze relacje do reszty, gdy nagle ktoś jej nawrzucał na jej forum... na tym forum zresztą często bywało gorąco, ostra babeczka była z niej... okazało się, że IP tego gościa było identyczne z moim... nie dało się sprawy wytłumaczyć do końca, blogerka uparła się, że autorstwo inwektyw było moje...
      koniec dygresji...
      IP potrafi się zmieniać... np. dość często się zmienia, gdy ktoś ma Neostradę, ale o wiele rzadziej np. w przypadku UPC...
      mnogość IP jednego komentatora o niczym nie świadczy, na pewno nie daje podstaw do żadnych podejrzeń... wystarczy, że ktoś porusza się z laptłokiem pod pachą i nadaje z różnych miejsc via WiFi... z pracy, uczelni, domu, kawiarni, jadąc Polskim Busem, etc, etc... to dość częste zjawisko...

      Usuń
    6. Zgadza się, "adres węzła", ale jeśli chodzi o internet domowego zacisza, stacjonarny, to raczej mała jest szansa, że IP się zmieni bez wiedzy usługobiorcy (tak jak wspomniałeś, Neostrada rządzi się trochę innymi prawami).

      Ale z tym identycznym IP to nie ogarniam jak to mogło być... Może pisaliście z jednej szkoły/pracy?

      Usuń
    7. może po prostu ktoś w okolicy, zresztą pojęcia nie mam, skąd i którędy oni ten kabel ciągną po domach...
      owszem, adres pojedynczego sprzętu jest zapisany właśnie w tym "węźle" i to może poznać każdy lepiej ogarnięty hacker, korzysta z tego też np. policja, gdy namierza pedofilów lub coś w tym guście, zresztą teraz raczej "terrorystami"/?/ się zajmują...
      można też się bawić w namierzanie IP przez odpowiednie stronki w necie... kiedyś się dla sportu namierzałem lokalizację swojego IP... zależnie od stronki wychodziły mi trzy wyniki w różnych rejonach Polski, więc widać ile taki patent jest wart...

      Usuń
    8. Piotrze,
      1 – Oj już tam się tak nie oburzaj, wiem przecież, że to dwie różne sprawy. ;) Chodziło mi oto, że Cię kojarzę z Onetu, a zanim dotarłam do Twojego bloga to już inna historia… : )

      2 – Hmmm a mi wydawało się, że okres to połowa biedy, najgorszy jest PMS chyba, czyli ten tydzień przed mającą nastąpić tragedią. ;)

      3 – Twoja sprawa IP to ciekawy wątek. Dwa te same IP u dwóch różnych użytkowników, nie ma totalnie szans na jakiekolwiek wyjaśnienie. Właśnie, już pisałam wyżej, że są teraz darmowe Wi-fi niemal wszędzie i każdy może sobie puścić hejta w świat z autobusu, pociągu czy innego miejsca niekoniecznie ze swego domowego zacisza. Ale tak jak Ania pisze, jakoś trzeba takich typów identyfikować i skrzętnie się ich pozbywać.

      4 – Co do lokalizacji IP to ja już to dawno odkryłam. Np. mój aktualny IP informuje na blogach innych, że jestem z Ełku. :D A gdzie ja mieszkam, a gdzie Ełk jest?!? :D Dlatego tym się akurat nie kieruję.

      Usuń
    9. ad.3... obiektywnie rzecz biorąc ta sprawa się wyjaśniła, ale co z tego?... zacietrzewionej /do tego z zasady zacietrzewionej/ babencji nie da się nic wyjaśnić...

      Usuń
    10. O! i to jest problem. Majaca swoje zdanie i racje kobieta gorsza od nazisty..

      Tobie Piotrze powinnam była podziękować za to, że Ty mi.in., swego czasu, nauczyłeś mnie wyjaśniać sprawy. Przedtem też tego nie robiłam. Wybierałam często opcję [foch].

      Usuń
    11. oj tam, oj tam... sama się nauczyłaś... szczerze mówiąc, to nie do końca pamiętam kiedy i jak przyłożyłem do tego ręki...
      ale to wszystko jest niewiele znaczące... istotne jest, by pojąć, że są takie sprawy, których wyjaśnianie pozbawione jest sensu...

      Usuń
    12. Nasza korespondencja, albo któreś z kilku rozmów na tel. Kiedyś mi napisałeś/ powiedziałeś/ że trzeba wyjaśniać sprawy. A nie wyjaśnienie spraw często sprawia, że nawet najlepiej rokującą relacja może się spartolić. Coś w ten deseń rzekłeś do mnie. Wzięłam sobie słowa te mocno do serduszka. ;)
      Tak czasem trzeba zaniechać dyskusji, tego też się nauczyłam. Stosunkowo niedawno... na FB. :D)

      Usuń
    13. czyli sama sobie /z użyciem fejsa/ udzieliłaś ostatniej lekcji... na temat wyjątków od zasady... a wyjątki, jak to wyjątki, żadnym zasadom i regułom nie podlegają...
      zaś samo zaniechanie dyskusji to nieco osobna sprawa... bo różne też bywają dyskusje... niekoniecznie w nich chodzi o wyjaśnianie czegoś...

      Usuń
    14. Gallusie,
      dobre pytanie.

      Piotrze i Gallusie,
      Ciocia Wikipedia podała definicje dyskusji:
      Dyskusja (od łac. discussio, aby to omówić) – jeden ze sposobów wymiany poglądów na określony temat, popartych argumentami, prowadzona w gronie dwóch lub więcej osób. Dyskusja może mieć formę ustną (komunikacja werbalna) lub pisemną. W wyniku dyskusji dochodzi do ścierania się różnych poglądów związanych z różnymi punktami widzenia osób prowadzących dyskusję. Określenie zbieżnego (wspólnego) stanowiska, o ile do tego dojdzie, może mieć formę kompromisu lub konsensu.

      Dyskusja jest jedną z form zapobiegania konfliktom. Jeżeli w wyniku dyskusji nie dochodzi do wypracowania wspólnego stanowiska, dyskusja pomaga w określeniu istniejących rozbieżności. To może dać podstawę do dalszych działań, torujących drogę do godzenia różnych, nawet sprzecznych, poglądów lub interesów.

      Sformalizowaną formą dyskusji, prowadzoną zwykle przez kompetentne grono lub przez uprzednio wybranych przedstawicieli, jest debata.

      Dyskusja prowadzona przez przedstawicieli państw lub społeczności to rokowania.

      Dyskusja to także jedna z form uczenia się, w czasie której nauczyciel prowadzi rozmowę z uczniem w taki sposób aby naprowadzić go na drogę ułatwiającą zrozumienie poruszonego problemu.

      Inną formą dyskusji jest dyskusja naukowa stanowiąca środek pomocniczy w pracy naukowej.


      Teraz musimy ustalić o jakim 'rodzaju' dyskusji mówimy, ponieważ to chyba też ma znaczenie.

      Usuń
    15. trzeba przyznać, że poziom Wiki rośnie z roku na rok... minęły już czasy takich definicji, jak /przykładowo/:
      gang = zrzeszenie gangsterów...
      gangster = zrzeszony w gangu...
      w naszym przykładzie:
      dyskusja = wymiana informacji pomiędzy dyskutantami...
      dyskutant = wymieniający informacje w ramach dyskusji...
      nadal jednak w Wiki nie ma nic na temat celu dyskusji...
      a przecież to takie proste:
      celem dyskusji jest osiągnięcie lepszego samopoczucia przez potencjalnego dyskutanta, lepszego niż w chwili zanim doszło do tej dyskusji, gdy jeszcze nie był dyskutantem...

      Usuń
    16. p.s. ta definicja rzecz jasna nic nie wspomina na temat osiągalności celu dyskusji... niejedna dyskusja przebiega tak, że dyskutant czuje się coraz gorzej w trakcie dyskusji, nie wspominając już o fatalnym samopoczuciu po jej zakończeniu... warto też dodać, że dyskusje nie podlegają Prawu Równowagi, które brzmi "to taka gra - jednemu zabierze, drugiemu da"... bywają dyskusje, po których wszyscy dyskutanci czują się gorzej, niż przed ich zaprocedowaniem...

      Usuń
    17. Dobrze Panowie, to Wy tu sobie spokojnie podyskutujcie. Ja natomiast zaniecham udziału w dyskusji, z powodów co następuje idę:
      - na pocztę,
      - posprzątać,
      -doszlifować jutrzejszą nową notkę,
      -poczytać książkę.
      Fakt, że komentowanie u mnie ma 'termin'ważności 7 dni, ale możecie sobie tu poklikać jeszcze długo po zdjęciu wpisu z 'głównej'.
      Pozdrawiam Was obu.

      Usuń
    18. @G.A 2.0...
      zgadza się... przyznam, że dopiero teraz, przed chwilą zapoznałem się z tekstem w Wiki, wcześniej nie miałem takiej potrzeby, gdyż moim priorytetowym celem w tej dyskusji była /i w sumie nadal jest/ fajna zabawa... czyli do listy wspomnianych przez Ciebie celów można dołączyć osiągnięcie /lub podtrzymanie/ pewnego poziomu dobrego samopoczucia... co więcej, ta lista nie jest jeszcze zamknięta... dołączyłbym do niej /na przykład, bo to zapewne jeszcze nie koniec/ takie punkty, jak:
      - wywołanie konfliktu lub jego podkręcenie /jeśli akurat już ma miejsce/...
      - zrobienie uczniowi wiatraka w głowie /jeśli jakiś uczeń uczestniczy w dyskusji/...
      - potrenowanie klikania...
      - zabicie czasu podczas czekania na jakieś wydarzenie w realu /na przykład zakończenie sesji prania przez agregat pralniczy lub powrót ze sklepu osoby, która tam się udała/...
      - jakieś tam jeszcze inne...
      rzecz jasna celów może być kilka na raz, do tego zaś cele poszczególnych dyskutantów nie muszą się pokrywać...
      za to lista skutków wydaje się być obszerniejsza... natomiast ciekawe jest w tym, czasem wręcz fascynujące, że niektóre skutki mogą być nadzwyczaj zabawne... na przykład komuś się przypaliła zawartość garnka na kuchni lub dyskutant wlazł pod nadjeżdżający samochód...
      pozdrawiać :)...

      @Wilma...
      nie wejdź pod samochód idąc na pocztę... bo to może się zdarzyć nie tylko na skutek dyskusji, ale podczas czytania książki... ja tak kiedyś miałem... co prawda żaden uszczerbek na zdrowiu w ramach nie miał miejsca, ale za to odbyła się krótka, treściwa dyskusja z kierowcą... taka z tych konfliktowych i bez osiągnięcia końsensusa...
      pozdrawiać i owocnego szlifowania życzyć :)...

      Usuń
    19. @G.A 2.0...
      to dość proste, choć faktycznie jest w tym drobny element irracjonalności... nie ma powodów, by nie wierzyć Wilmie, że zacytowała wiernie, ale niekoniecznie musiała być to całość tekstu... tedy zajrzałem do źródła oryginalnego... przy okazji zapoznałem się z nim dokładniej, co pozwoliło mi przy okazji zmienić nieco strukturę celu dyskusji...
      teraz zaś temat wydaje mi się wyczerpany, co akurat pasuje do realiów, które wyglądają tak, że zaraz przejdę do innych czynności, które wykluczają mój dalszy udział w dyskusji jakoś tak do wieczora... tym samym grono urozmaicające czas ofierze wirusa uszczupli się o kolejną osobę, nie wyklucza to jednak życzliwego kibicowania walce z tą drobną, aczkolwiek zapewne upierdliwą formą życia organicznego...

      Usuń
    20. Piotrze,
      jestem cała. Nie czytałam książki idąc na pocztę - miałam zajęte ręce. Niosłam paczkę. :D

      Gallusie,
      powinieneś też wiedzieć, że my blogerzy traktujemy często gęsto, nie zawsze, ale często pisanie wpisów na blogach i w komentarzu u innych, jako zabawa. To co piszemy nie zawsze jest prawdą z prawd najprawdziwszych. Czasem chyba jest tak, że sobie po pracy przychodzimy i gadamy, spędzamy w ten sposób wolny czas, albo robimy to dla sportu. U mnie pisanie pod postami, można nazwać pogaduszką(jeśli wpis jest o wszystkim i o niczym) ewentualnie forum dyskusyjne (jeśli wpis dotyczy konkretnego problemu, czy zjawiska) u Piotra to tzw. kawiarnia. Czyli, nie zawsze chce nam się włączać myślenie i analizować skrupulatnie treść każdego komentarza. :)

      Usuń
    21. A i jeszcze jedno!
      Piotrze,
      Napisałeś: - zrobienie uczniowi wiatraka w głowie /jeśli jakiś uczeń uczestniczy w dyskusji/...
      Tak robił mój promotor na seminarium. Nienawidziłam go za to!

      Usuń
    22. @G.A 2.0...
      na pewno nie było błędu w zdaniu: "temat wydaje mi się wyczerpany"... bo dobrze mi się wydawało, jak się okazuje...
      gdy podczas dyskusji ktoś zaczyna fantazjować na temat innego dyskutanta, to faktycznie temat można uznać za wyczerpany, bez "wydawania się", że tak jest...

      Usuń
  5. szczur z loch ness6 lutego 2017 17:54

    Niestety, niestety Miłe Panie Komentatorki piszę blog, jak to nazywacie na Onecie. Niestety, niestety pozwolę sobie powtórzyć, to nie taki lub inny serwer wpływa na ewentualne zainteresowanie, czy też brak zainteresowania blogiem. Niestety, niestety nie znam się na tym wszystkim, zatem kończę, a w załączeniu
    Buziaczki :-)


    Wilmo
    To arcyciekawy wpis. W każdym razie i o ile dobrze zrozumiałem kolejne etapy spędzania czasu na ziemskim padole fotografowałaś w formie internetowych zapisków, czy też blogów. Lustereczko, lustereczko powiedz przecie, kto... No właśnie. Kto to jest Wilma jak mogę jedynie zgadywać :-)
    Serdeczności :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sokole,
      To pierwsze zdanie - to tak na poważnie było?
      Poniekąd tak, z tym, że na Zeusa! o wszystkim nie pisałam co mnie na tym ziemskim padole spotkało, albo com uczyniła tom uczyniła i nie ma tematu.
      Kim jest Wilma? To ta Pani co się tak w dal patrzy na zdjęciu w zakładce Wilma o sobie . A jak bardziej ciekawość zżera to trzeba Wachmistrza popytać, on zna tą najprawdziwszą z prawdziwszych Wilm. Nazywając ją po swojemu Trzpiotem Wachmistrzowym . :)

      Łącze także serdeczne pozdrowienia. :)

      Usuń
  6. Mnie coraz mniej interesują cudze blogi opisujące życie, a bardziej tematyczne, jak jest o czymś. Takie przesadne zainteresowanie co dzieje się w życiu innych ludzi wydaje mi się podejrzane ;-) Nie mówiąc, ze dzielenie się swoim życiem wszem i wobec jest podejrzane jeszcze bardziej ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oooo! To tym bardziej miło, że zechcesz od czasu do czasu zajrzeć do mnie i coś mi napisać. :) Bardzo to doceniam. :)

      Tak to prawda takie przesadne zainteresowanie życiem innego człowieka to zwykłe wścibstwo, ale zainteresowanie człowiekiem, który o sobie pisze już mniej staje się podejrzane, choć i tu mogą pojawić się zagrożenia.
      Dziele się tylko na tu blogu, na fejsie, instagramie, twisterze, snapczacie, na portalach typu pudelek, serdelek i w gazetach typu Fakt raczej nie…. ;)

      Usuń
  7. Nie wszystko jest takie na jakie wygląda. :)) a może historia o przyjaciółce była napisana ku przestrodze dla innych? A może to było ustalone i napisane w właścicielką przeżyć ? Zanim ocenisz człowieka i go zaszufladkujesz, powinnaś najpierw poznać jego historię.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jago,
      Niezwykle miło mi Ciebie widzieć w moim progach! :)
      Mogę zapytać jak tu trafiłaś lub kto, ewentualnie, na mnie uprzejmie doniósł? ;)
      A tak pisząc nieco poważniej i grając w otwarte karty, bo nie lubię hipokryzji i pisania tzw. zza winkla ;)
      1 - Jak zapewne czytałaś mój tekst, napisałam: „Mianowicie, jak to jest, że ludzie na podstawie kilku akapitów, (…) z taką łatwością oceniają czyjeś decyzje, zachowania, nie znając głębszej przyczyny, prawdziwej historii.” Czyli wynika z tego zdania jasno, że mam świadomość, iż jako potencjalny czytelnik mogę niewiele wiedzieć na temat historii owego małżeństwa, historii tej kobiety, jej męża, jego rodziny itd. Dlatego zrobiłam wielkie oczy kiedy przeczytałam większość komentarzy pod tym wpisem. Sama nic tam nie napisałam, dokładnie z tego samego powodu co tu napisałaś „Zanim ocenisz człowieka i go zaszufladkujesz, powinnaś najpierw poznać jego historię.” Niewiele wiem też o relacji między autorką owego bloga a jej przyjaciółką. I w tym miejscu można mnie potępić za to, że nie dopytałam się, o tą relację może i nawet nadimpretowałam pewną kwestię, a potem (lekko wstrząśnięta) użyłam tej konkretnej sytuacji jako przykład na swoim blogu, tłumacząc, dlaczego nie chcę pisać o swoich bliskich lecz o sobie. Chodzi tu o zwykłą dyskrecję, a także i odpowiedzialność za drugiego człowieka (nawet tego, który zeszedł na złą drogę). Po cóż wystawiać go na ocenę i obelgi?

      2 – To NAPRAWDĘ bardzo dobrze o Tobie świadczy, że chcesz przestrzec pozostałe kobiety, aby nie popełniły błędu co Twoja przyjaciółka. Rozumiem, że chcesz też dobrze i nikogo nie chcesz skrzywdzić. Piszę tu najszczerzej jak tylko potrafię (chodzi o to, abyś źle mnie nie odebrała). Jednakże powinnaś coś wiedzieć. Napisze to z mojej perspektywy (panny na wydaniu). Nie ma dwóch takich samych przypadków – zasada zapożyczona z medycyny. (To wiem od moich szanownych kolegów doktorów). Akurat przypadek, który opisałaś skończył/kończy się niedobrze. Mamy więc, sobie taką młodą dziewczynę (nie identyfikować tego ze mną, ponieważ już młoda nie jestem) aktualnie buduje ona związek z jakimś mężczyzną, z którym chce wziąć ślub. Zastanawia się, ma masę wątpliwości, musi podjąć najważniejszą decyzję w swoim życiu. I trafia na taki blog i czyta taki wpis. Teraz tak, jeśli go tylko czyta i ma już wyrobione zdanie o swoim lubym to olewa taki wpis. I jest okey. Nie ma tematu. A Twoje dobre intencje są tu jak najbardziej pożyteczne. Dziewucha ma to na uwadze i jest bardziej ostrożna. A jeśli nie? I taki wpis staje się powodem, że ona jednak rezygnuje z tego niego i małżeństwa, ze strachu, bo nie chce tak skończyć jak główna bohaterka wpisu? Chociaż u niej może to akurat być cudowne małżeństwo. Tego nie wiemy…. Z tym pisaniem ku przestrodze to jednak bym lekko uważała, bo to śliska sprawa. Można kogoś tym skrzywdzić, nieświadomie co prawa, ale jednak. Na ten temat można podyskutować.
      3 – Czy było to wcześniej ustalone z właścicielką przeżyć? Tego nie wiem, ponieważ nie było takiej informacji we wpisie. Gdyby była. Nie byłoby tematu. Dyskusji. Oceniania. Byłoby fair z wszystkimi czytającymi wpis i rodziną właścicielki. A ja nie podawałabym tego jako przykładu niedyskrecji.

      Pozdrawiam serdecznie :)

      Usuń
    2. Tekst był autoryzowany . Większość szczegółów zmieniłyśmy. Jak widzisz nie wszystko jest takie na jakie wygląda :) Na obelgi też trzeba zasłużyć - nic się nie dzieje bez przyczyny . \każdy ma swój rozum i jeśli ktoś zrezygnuje z małżeństwa od wpływem takiego czy podobnego wpisu to chyba świadczy o małej stabilności emocjonalnej i braku wiary we własne uczucia. Rodzina właścicielki? Jej dzieci jeszcze nie potrafią czytać.

      Usuń
    3. 1 - Bardzo serdecznie dziękuję za informacje. Szkoda, że dopiero teraz.. Dla mnie ważne są takie info.
      2 - Tu już wkraczamy w sferę osobiście wyznawanych wartości. Ja nie jestem za tym aby kogoś wystawiać na zniesławienie. Robiąc to z takich czy innych pobudek. Kwestia zmiany imion i szczegółów nie gra tu roli.
      3 -Słuszna uwaga. Tylko tu znowu mogę się czepnąć, że w przypadku decyzji o małżeństwie nie powinno się kierować uczuciami, ale rozumem.
      4 -Tu nieskomentuję. Nie mam prawa. Myśl po przeczytaniu tego zdania o dzieciach, pozostawię dla siebie.
      Pozdrawiam :)

      Usuń
    4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    5. Droga Jago,
      coś tu widzę, że nasza konwersacja zaczyna przybierać formę skakania sobie do gardeł a nie merytoryczną wymianę zdań na poziomie. Widzę też, że nie czytasz z uwagą albo bez zrozumienia tego co piszę i na blogu i do Ciebie.
      Niestety na to nie mogę sobie pozwolić, ponieważ celem mojego powyższego wpisu było opisanie jako przykład pewnej sytuacji z perspektywy osoby, która prowadzi blog i zmuszeniem do refleksji, a także dyskusji nad kwestią dyskrecji, tj. zachowania anonimowości osób z najbliższego otoczenia autora bloga i ogólnie kwestii blogosfery. Przy okazji rzuceniem komuś rękawicy, konkretnej osobie, która na szczęście jest bardzo inteligentna, pojęła w mik o co chodzi. I podjęła ze mną rozmowę. I to niestety nie dotyczyło Ciebie.
      Nie interesuje mnie historia Twojej przyjaciółki, ani jej rodziny. Dlatego nie podejmuję tu tego tematu, który Ty podjęłaś u siebie. I o tym nie będziemy tu dyskutować. Tekst po prostu przeczytałam, zobaczyłam komentarze do tego wpisu, nasunęły mi się pewne przemyślenia związane nie z głównym tematem wpisu, a tematem pośrednim czyli: czy bloger może sobie pozwolić na opisywanie jakiś tam historii z życia swych najbliższych i przyjaciół, świadomie wystawiając go na ocenę, nie dając mu prawa obrony. Czy to jest jasne?
      Ale prześledźmy bieg wydarzeń. Nie widziałam informacji o tym, że wpis był autoryzowany i tak jak wyżej wspomniałam to jest mój błąd mogłam się dopytać, ale to nie było tematem Twojego wpisu. Napisałam więc u siebie wpis o zupełnie czymś innym i opisałam ową sytuację podając jako przykład i otwarcie pisząc, że mi się takie zachowanie autorki nie podoba. Nie myśląc o konkretnej osobie, czyli o Tobie. [przykład] Tak jak ksiądz na kazaniu podaje przykłady konkretnego zachowania (zasłyszane w konfesjonale) i stanowczo je potępia, tak ja podobnie uczyniłam u siebie na blogu. Nie podawałam linku, ani też nazwy Twojego bloga. Nie podałam także nazwy Twojego Nicku. Przyszłaś sama i na swoją odpowiedzialność podjęłaś głos w dyskusji i ujawniłaś się. Zasugerowałaś, że wpis mógłby być autoryzowany. Obie wiemy, że chodziło o Ciebie, więc otwarcie nawiązałam z Tobą dyskusję na temat: pisania ku przestrodze oraz kwestii autoryzacji. Prawda? Otwarcie zatem z Tobą rozmawiam, konkretnie, bez mydlenia sobie oczu i obmawiania.
      Teraz pytanie, retoryczne. Skąd mogę wiedzieć, czy to prawda, że napisałaś to przy współudziale przyjaciółki, kiedy jasnych dowód nie mam? Kiedy czyta się jakieś autoryzowane teksty, są one opatrzone taką informacją [tj. tekst/wywiad/wspomnienie autoryzowane]. U Ciebie nie było. Masz teraz do mnie jakieś pretensje, tylko częściowo uzasadnione.
      Porównywanie mnie do kogoś z Twojej rodziny jest mówiąc, najdelikatniej pomysłem świadczącym nie najlepiej o Tobie, a w zasadzie o Twojej hipokryzji, a nie o mnie. Twojej cioci nie znam, w życiu na oczy nie widziałam i w tej sytuacji wydaje mi się, że masz bezpodstawne prawo porównywania mnie z nią. Zaszufladkowałaś mnie. Nie znasz mnie, a oczekujesz niby od pozostałych ludzi, w tym mnie, aby najpierw poznali czyjąś historię, a dopiero potem pisali. Coś tu się ze sobą, w tym co piszesz a oczekujesz, kłóci, prawda? Rozważ to w sobie.
      Z mojej strony to tyle. Dla mnie koniec dyskusji.
      Pozdrawiam

      Usuń
    6. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  8. Zęby straciłam na blogu. Ale wierna jestem jednemu od lat :))))))))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Paczucho,
      wielki szacunek w Twoją stronę. Ja... niestety taka wierna (jednemu blogowi) nie byłam i nie jestem.... :(((

      Usuń
  9. Klik dobry:)
    Też lubię sobie "potamborkować". A pokażesz na blogu jakieś swoje tamborkowe dzieło?
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzień dobry Ellu,
      o to mamy coś wspólnego ze sobą. :)W najbliższą sobotę zaplanowałam wpis o moim zamiłowaniu do tamborka. Zapraszam. :)
      Pozdrawiam :)

      Usuń
  10. Gratuluję imponującego dorobku blogowego. Sam zaczynałem kiedyś na Onecie, przez chwilę byłem również na Bloxie. Teraz siedzę na Blogspocie, ale trochę tęsknię za starymi, dobrymi "onetowymi" czasami. Myślę, że wtedy było dużo łatwiej o popularność bloga niż teraz. Nie wymagało to w każdym razie aż takiego wysiłku.
    Jeśli zaś chodzi o obgadywanie ludzi... niestety czasami sam to robię, ale staram się robić to zawsze tak, aby nikt nie domyślił się, o kogo konkretnie chodzi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj Bogdanie! Dobrze, że jesteś już. :)
      Onetowe czasy też miło wspominam, coby nie mówić to lata mojej pierwszej młodości. ;)
      Aby było jasno, chciałabym zaznaczyć, ze mnie tu nie chodzi o popularność mojego bloga, raczej o kameralne grono fajnych ziomków, którzy chcą się czegoś o mnie dowiedzieć, jak również o miejsce spokojnej i ciekawej dysputy. :)
      Też obgaduję, ale ni robię tego publicznie. :D

      Usuń
    2. Oczywiście, popularność bloga nie jest najważniejsza. Tym niemniej na Onecie też jakoś łatwiej było dotrzeć do innych blogerów i stworzyć sobie takie kameralne grono odbiorców. Na Blogspocie jest to trochę utrudnione. :)

      Usuń
    3. Tak, na blogspocie trzeba ruszyć pewną część ciała i porobić kilka rund w celu znalezienia fajnych i ciekawych blogów. :)

      Usuń