Było dość ciepło jak na luty. Padało. Wczesnym rankiem wsiadłam do samochodu i wraz z moim kierowcą pojechałam do Trójmiasta. Musiałam zdążyć na 9:00. Punktualnie o dziewiątej zaczynała się rozmowa, nie mogłam się spóźnić. Na szczęście ominęliśmy korki i zdążyłam. Weszłam do starego budynku archiwum. Przypomniało mi się jak byłam tam ostatni raz, jeszcze jako studentka. Pamiętam... To był czas, kiedy zbierałam materiały do pracy dyplomowej. Zmagałam się wówczas z bolesną chorobą. Było mi trudno wysiedzieć w pracowni, pochylając się nad stertą starych, pożółkłych dokumentów z poprzedniego wieku i fotografując niektóre. Ciekawe dlaczego przypominają mi się akurat te ostatnie wizyty w pracowni naukowej, gdy byłam tam wcześniej kilka razy, by odrobić zadania domowe na ćwiczenia. Może dlatego, że w zwojach mojej pamięci zapisał się ten niemiłosierny ból?
Wiedziałam gdzie są toalety, gdzie sekretariat, choć po remoncie trochę się tam pozmieniało. Usiadłam i cierpliwie czekałam. Na sąsiedniej kanapie siedziały dwie młode dziewczyny. Bardzo zestresowane. Widać było, że to dla nich jedna z pierwszych rozmów o pracę. Nie wiedziałam czy są po studiach, czy dopiero studiują. Nigdy nie widziałam ich u siebie na wydziale. W każdym razie okazało się, że były świeżo po liceum...
Siedziałam spokojna. Uśmiechałam się sama do siebie, przypominając sobie jak kiedyś zaczynałam swoje poszukiwanie pracy po maturze. Nie miałam ani doświadczenia, ani wyuczonego zawodu. Było w tedy dość ciężko o jakąkolwiek pracę i brało się to co aktualnie oferował urząd pracy. Ale dziś jest inaczej. Mam wyuczony zawód i doświadczenie zawodowe. I w końcu... Łaskawie postarałam się o dyplom.
Poproszono pierwszą osobę z listy (razem było nas czterech). Panie obok dalej rozprawiały jak nakręcone, a ja na chwilę wyłączyłam się i zaczęłam zastanawiać się: co ja tutaj właściwie robię? Wysłałam list motywacyjny i wszystkie dokumenty w zasadzie dla hecy. Chciałam zobaczyć czy kogokolwiek zainteresuje moje CV. Właściwie to miałam już zaklepaną pracę. Kwestia tylko podpisania odpowiedniej umowy, dogadanie się z kierownikiem co do czasu i konkretnych godzin i zabranie się do pracy. Tłumaczyłam sobie, że jeśli dostanę tu pół etatu to drugie pół spędzę tam i nie będę musiała specjalnie jeździć do Trójmiasta na kilka godzin w tygodniu. Ale to nieprawda. Wcale nie miałam ochoty pracować w tym archiwum. Niby to fajnie wygląda w CV: praca młodszego archiwisty w służbie cywilnej. [Łał... łał! Wilmo, ale mierzysz wysoko!] Lecz to tylko mydlenie sobie samej oczu. Tak naprawdę to siedzę i czekam tylko po to, by zobaczyć jak wyglądają rozmowy kwalifikacyjne z prawdziwego zdarzenia w poważnych instytucjach państwowych. Mało takich w życiu doświadczyłam. Dlaczego nie przygotowywałam się do tej rozmowy merytorycznie? Nie chciałam wyjść na genialnie ogarniętą laskę, która wie więcej od rekrutujących. Wolałam przyjść na totalnym lajcie i zrobić przynajmniej miłe wrażenie sympatycznej, chętnej do pomocy dziewczyny, nie aspirującej na wyższe stanowiska.
Z tego wewnętrznego monologu, prowadzonego dla zabicia czasu, wyrwała mnie wychodząca z magazynów pracownica, która podeszła do młodych dziewcząt i przywitała się z jedną z nich. Uspokoiła ją, że nie ma się co martwić, wszystko będzie dobrze i nie trzeba się tak stresować. Przysiadła do dziewczyn i zaczęła rozmawiać. W pięć sekund wydedukowałam, że obie kobiety się znają i w zasadzie to już wiadomo kto wygra konkurs na to stanowisko.
Uśmiechnęłam się do siebie. To było do przewidzenia, robiłam za 'sztuczny tłum'. Ale! Zaraz, zaraz!!! Co ty kobieto odstawiasz?!! - pomyślałam o nowoprzybyłej. Ty!? Pani archiwistko, jako pracownik tutejszej instytucji decydujesz się na taką niedyskrecję? Kobieto, czyś ty powariowała? - krzyczałam sobie tak w myślach, ale nadeszła moja kolej i musiałam wejść do sali.
Gdy wracałam z rozmowy do domu, odebrałam telefon od pani rekrutującej z informacją, iż zajęłam drugie miejsce w konkursie. Ponoć wypadłam świetnie. Pani prosiła abym śledziła portal nabory służby cywilnej i jeśli pojawi się kolejna oferta pracy w tym archiwum, aplikowała. Prosiła o to bardzo.... Miło było słyszeć takie komplementy. Zastanawiałam się, jakim cudem znalazłam się na tym II miejscu... Przecież popełniłam masę błędów. Najwidoczniej panie z komisji rekrutacyjnej nie dały nabrać się na mój "brak" merytorycznej wiedzy. Swoją drogą, to były też świetne babki.
Jednak wciąż pozostawałam w ciężkim szoku - po ujrzeniu zachowania owej pracownicy. Gdzie, do jasnej cholery, zapodziała się jej urzędowa dyskrecja! Czy u archiwisty nie powinna być to zasada nr 1 i obowiązywać w każdym obszarze życia? Nie dziwi mnie fakt, że kobieta jawnie pokazała nam kto wygra konkurs, bo takie rzeczy zdarzają się bardzo często i wszędzie. Uderzył mnie natomiast przejaw braku profesjonalizmu z jej strony. Od czasu pierwszych zajęć z archiwistyki uważałam, że pracując w tym zawodzie powinno się świecić przykładem dyskrecji. Tego nas z resztą uczył jeden z profesorów z zakładu archiwistyki. Brak dyskrecji i niepoważne podejście do pracy w archiwum na praktykach studentów z UG było, swego czasu, powodem zerwania dobrych stosunków gdańskiego IPNu z uczelnią. W konsekwencji, studenci archiwistyki nie mogli podjąć praktyk zawodowych w tej instytucji. A tu proszę! Kogo zatem przyjmują do tej pracy? I dlaczego pozostali pracownicy nie zwrócili jej uwagi przechodząc obok? Czy jest na to ogólne przyzwolenie pozostałych archiwistów? Jeśli tak, to ja z chęcią oddam swój dyplom i nie podejmę pracy w żadnym archiwum. Nie godzę się na coś podobnego. Najwyraźniej za bardzo poważnie traktuję swój zawód, albo urodziłam się za późno i nie nadaję się na te dzisiejsze czasy...
musiałaś?... chodzi o to słowo "klauzurowy"... teraz będę miał ból głowy, bo nie wiem, co ono oznacza...
OdpowiedzUsuńcodziennie jakiś problem tego typu... wczoraj u mnie pół domu dyskutowało, co oznacza słowo "konsolacja"... wreszcie ktoś nie wytrzymał, odrzucił chore ambicje "ja sam" i odwołał się do wujka Gugla... to nie jest takie bynajmniej nie na temat, bo owo wydarzenie okazało się prorocze... przepowiedziało Twojego posta...
pozdrawiać jzns :)...
Oj Piotrek, tam przesadzasz. Samo wyrażenie 'archiwista klauzurowy' zgapiłam z książki Archiwistyka dla początkujących nijakiego pana Chorążyczewskiego.
UsuńA samo słowo 'klauzurowy' to pewnie zapożyczenie od zakoników, którzy żyją w klauzurze tj. mają ograniczoną komunikację z otoczeniem zewnątrz przez wzgląd na przepisy kanoniczne.
Czy oczekujesz ode mnie jakiejś konsolacji?Czy ja mam wpaść do Ciebie na konsolację?;)
Klik dobry:)
UsuńJa także miałam zamiar pytać wujka Gugla o to słowo. Dobrze, że zajrzałam napierw w komentarze.
Żeby otrzymać dobrą pracę, nie trzeba przystępować do konkursu. Powstał nowy zawód spełniający wymagania każdego stanowiska. Nazywa się ta profesja misiewiczocośtam. ;) :)
Pozdrawiam serdecznie.
Witaj Elu!
UsuńI po co licea? Po co matury? Po co studia? Dyplomy i tytuły? Jak wystarczy telefon do Antoniego i ma się posadę w kieszeni, jakąkolwiek. ;)
Pozdrawiam :)
@Wilma...
Usuńodwrotnie... mnie się wydawało, że fiasko misji New Job może wymagać konsolacji... a w tej klauzurowści achiwistycznej coś jest na rzeczy... pamiętam archiwum mieszczące się w budynku poradni w której kiedyś pracowałem... codziennie rano przemykał tam, bezszelestnie niczym kot, taki tajemniczy wujek i nie wychodził stamtąd do wieczora... tajemniczość zwykle rodzi pewne spekulacje i tym razem spekulowano czasem, czy on ma tam jakiś nocnik... ale wracając do tematu, to po jakimś czasie przylgnęła do niego ksywka "mnich"... i wiesz, co się okazało było po kolejnym jakimś czasie?... gość rzeczywiście był mnichem, do tego jeszcze buddyjskim, tylko do roboty chodził po cywilu, by nie budzić sensacji...
p.jzns :)...
Niesamowita historia.... Nie wiem... nie mogłabym tak siedzieć i medytować w archiwum od rana do wieczora, chciałabym je wziąć do ręki, przeczytać, posegregować, spisać, opisać, kurz z nich zetrzeć, spaginować, poukładać.... tyle jest tam pracy, a Ty mi mówisz o jakimś mnichu buddyjskim, który nic tylko tam siedział?
UsuńWszystkiego tam dobrego na nowy tydzień. :)
nie napisałem, że tylko siedział, tylko, że nie wychodził... ale co on tam dokładnie robił, tego nie wiadomo... może także wycierał kurze /pytanie, czy miał tam jakąś kurę?/... co prawda stereotyp mnicha buddyjskiego faktycznie kojarzy się z siedzeniem /co "hahaha"? o czynności mowa/, to de facto jest to dość ruchliwe zajęcie...
Usuńa tydzień w toku, więc z dnia na dzień coraz mniej nowszy...
Kurą się tego nie robi, a takim specjalnym odkurzaczem, ale jakby się uparł, to i zwykłym też można.
UsuńMnie to się raczej kojarzy z wykręcaniem sobie goleni....
Stary będzie gdy się skończy, więc dobrego środka tygodnia. :)
No cóż, moralność, prawość, lojalność - jakby zeszły z pierwszego planu potrzeb. Liczy się, kto kogo zna i co kto może dla kogoś zrobić. Znasz swoją wartość :) jesteś uczciwa, musisz przejść dwa razy dłuższą drogę, ale spójrz, jakie masz przy tym widoki i wspaniałych ludzi tu i tam :)
OdpowiedzUsuńTo mnie denerwuje, że te wymienione przez Ciebie wartości poszły sobie do lasu na grzyby i tyle je teraz człowiek widzi....
UsuńSzczerze Małgosiu?To zdecydowanie wolę nadłożyć drogi i spokojnie pospacerować dostrzegając przy tym innych ludzi, a nie biec jak szczur nie widząc mety, której tak naprawdę nigdy nikt nie widział.
A tak mniej poważniej. Byłam tam nieźle zrelaksowana i pewnie dlatego dostrzegłam owy wyczyn pani archiwistki. Gdybym była zestresowana to bym połowy nie widziała i nie słyszała skupiając się tylko na sobie. A tak, świetnie się przy tym bawiłam :D
Rozejrzyj się, od aptekarza do złotego medalu za zasługi dla obronności kraju. Tak ten świat się zmienia. Miej dobry czas, przyjemniej iść z fajnymi ludźmi, mieć świadomość swojego bycia tu na ziemi. Zrelaksowana i szczęśliwa z bliskimi. To w życiu jest najważniejsze.
UsuńBliscy niestety też dają czasem nieźle w kość.:D
UsuńCo do ostatniego Twego zdania. Hmmm.... zawsze wydawało mi się, że miłość jest najważniejsza, ale doktor House twierdził inaczej:
Mówi się, że nie można żyć bez miłości. Osobiście uważam, że ważniejszy jest tlen.
;))
No ja mam szczęście do bliskich :P ach ten ćpun :) kisses
UsuńĆpun ćpunem, ale był mega inteligentny i miał intuicje medyczną, czy jak to się tam w tym środowisku nazywa. Swego czasu bawiłam się w takiego detektywa medycznego na studiach. Fajna to była zabawa, szkoda, że tak mi los pokierował życiem, że nie zostałam historykiem medycyny. Nie spodziewałam się, że będzie mi kiedyś za tym tęskno....
UsuńSerdeczności! :)
:) nie oglądam, ale słucham dużo muzyki :) a on fajnie gra.
UsuńZawsze możesz wrócić do pasji :)
W sensie ten Hough Laurie gra w jakimś zespole, czy że gra dobrze jako aktor?
UsuńNa razie Bogu dziękuję za powrót do archiwum medycznego. O zabawie w dedektywa medycznego pomyślimy, jak tylko znajdzie się jakiś chętny profesor do współudziału w mojej pasji. :)
Nie pierwszy i nie ostatni to raz kiedy w konkursach wygrywa "najlepszy". A patrząc na sondaże można sie jedynie przerazić. Bo epoka misiewiczów zdaje się potrwa dłużej niż jedną kadencję. I obym się myliła. Amen.
OdpowiedzUsuńNie nazwałabym tego konkursem, a przedstawieniem pt. konkurs o stanowisko w instytucji państwowej i byciem statystą w tej zabawie. ;)
UsuńJa jestem starsza od Misiewiczów to może dlatego byłam 'druga'. ;)
Misiewicze występują wszędzie, w każdym wieku i płci obojga.
UsuńBrałam kiedyś udział w jednym konkursie. Przegrałam. Z zupełnie zielona gęsią bez wykształcenia, doświadczenia za to z dobrymi koneksjami. Po roku ją zdjęli...
Uuu, to aż rok czasu potrzebowali aby dojść do wniosku, że mają nieodpowiednią osobę na nieodpowiednim stanowisku? Żaaaal...
UsuńMnie taka podobna zielona gąska Balbinka, swego czasu, odsunęła od procesu archiwotwórczego, bo przetraszyła się mojej wiedzy i kompetencji. Tłumaczenie takiej, że ma się cel naukowy i liczą się tylko względy naukowo-badawcze, było zbyteczne. Ona bała się utraty stanowiska, które tradycyjnie też dostała po znajomości. :)
Jako, Wilmo, że wiek mam chyba ,hm, stateczny (65), to wydaje mi się, że twoja przygoda to nihil novi sub sole. Cae moje wczesanodorosłe życie przypadło na silną i wojującą komunę, zatem stwierdzam, że powraca "nowe".
OdpowiedzUsuńDwie główne reguły tej epoki:
1. Nepotyzm - pojęty bardzo szeroko od krewniaków poprzez ziomali do dalszych pociotków.
2. Prawo Parkinsona w połączeniu z Zasadą Petera - oznacza ono, że jeżeli pracownik ma określony czas na wykonanie danego zadania, zadanie to zostanie wykonane w możliwie najpóźniejszym terminie. W organizacji hierarchicznej każdy awansuje aż do osiągnięcia własnego progu niekompetencji.
powodzenia1
serdecznie pozdrawiam i zapraszam
Witaj u Wilmy! Miło mi Cię tu gościć. :)
UsuńWłaściwie to też chwilę zastanawiałam się, czy ta kobieta nie ma przypadkiem jakiś tam obowiązów zawodowych, że tu tak przesiaduje sobie na korytarzu i oddaje się swobodnie rozmowie z 'nieznajomą'.
Nepotyzm był i jest jak świat stary. Mnie to nie dziwi. Lekko oburza brak poszanowania zasad etyki zawodowej... :(
Pozdrawiam i zaraz skorzystam z zaproszenia :)
Oj naiwna, naiwna i po trzykroć naiwna kobito :-) Toż z dawien dawna wiadomo, że świat jaki jest każdy widzi i co ważniejsze nigdy inny nie będzie. A to z tej przyczyny, że nie ma ku temu przesłanek. Twoja blogowa notka tego nie zmieni, chociaż powiadają, że woda drąży kamień.
OdpowiedzUsuńSerdeczności z Krainy Loch Ness :-)
Hmmmm.... problem w tym, że ja tego nie napisałam z myślą aby świat zmieniać (nie my kobiety jesteśmy od zmieniania świata), a jedynie by mieć jakiś temat na kolejną sobotnią notkę na moim blogasku i komentarze pod postem. :D
UsuńPozdrawiam równie serdecznie :)
Najbardziej wkurza mnie, Wilmo, tzw. klauzula sumienia u lekarzy specjalistów - ginekologów i położników. Stoi ona w jawnej sprzeczności z etyką zawodową! Ale min. Radziwiłła, i prof. Chazana to chyba nie rusza?!
Usuńpozdrawiam i zapraszam
O tej klauzurze sumienia coś jakby przez mgłe pamiętam i już nie pamiętam o co tam szło dokładnie. Trudno mi cokolwiek, więc na ten temat dyskutować. Tym bardziej, że mam zawsze problem ze swoim własnym sumieniem i o sumieniach innych ludzi już w ogóle nie mam prawa rozmawiać. ;)
UsuńLecem zatem w odwiedziny. :)
Zostań archiwistką i rozwal system od wewnątrz :D A tak na poważnie - szkoda, że to wszystko tak wygląda, ale nic na to nie poradzimy. Za to zawsze warto o takich sprawach mówić :)
OdpowiedzUsuńZostałabym dyrektorem NDAP i rozwaliła system od góry, ale jakoś za leniwa jestem i władzy nie chcę, bo to człowieka niszczy... ;)
UsuńPowinno się o tym pisać, w końcu kiedyś inni historycy będą badali nasze czasy i coś im musimy po sobie zostawić. Zatem korzystając z akcji pt. 'Daj pracę następnym pokoleniom historyków' Piszmy też o ciemnych stronach naszego społeczeństwa. Chociaż w sumie zawsze byłam za tym aby o dobrych pisać więcej, aniżeli złych... Ale w tedy byłoby to postrzegane jako jednostronny punkt wiedzeniania i zakłamanie, c'nie?;)
Współczuję. I kurczę, totalnie nieprofesjonalnie z ich strony. Oczywiście pomijając fakt, że sama praktyka jest wątpliwa "moralnie". Nigdy nie miałam zaufania do instytucji państwowych i nie chciałabym w żadnej pracować. W sumie to... Nie mam pełnego zaufania do żadnej instytucji, prywatnej także :D
OdpowiedzUsuńSłowo profesjonalizm to już chyba archaizm w środowisku archiwistycznym. Takie mam wrażenie po ostatnim doświadczeniu.
UsuńJa pracuję, ale staram się jak mogę aby ludzie, którzy mnie widzą i wiedzą czym się zajmuję czuli, że nie muszą się niczego z mojej strony obawiać. W końcu archiwiści pracują w białych rękawiczach, czyli pracują dyskretnie i taktownie. :)